Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oto jest brat Rolanda a praszczur Sobieskiego, człowiek silnéj ręki, i Molierowskiéj w domostwie słabości; kontusz mu włożyć i buty czerwone gdy wróci z piorunowéj walki siarką cuchnący i krwią oblany po szyję — Kontusz mu włożyć i żupan niechaj panuje — bez jutra.
Oto nareszcie jest twarda dziewka Skandynawska; oto mniejsze mrówki ludzkości pełne kłamstwa, wybiegów, tchórzostwa w osobie Ślaza — Oto jest cały sklepik kolportera, wysypujący przed tobą swe fantastyczne figurki: za które autor sam gada a czasem szczebioce Alfierego językiem. — Na cóż to wszystko?
Zaprawdę ci powiadam jam tych mar nie wołał — przyszły same; przyprowadziła je z zobą biała Lilla Weneda; a ja ujrzawszy ten tłum ludzi, harf złotych, hełmów, tarcz, i mieczów dobytych, usłyszawszy głosy zmięszane dawno już wymordowanego ludu, wziąłem jedną z harf Wenedyjskich do ręki, i przyrzekłem duchom powieść wierną i nagą jaka się posągowym nieszczęściom należy.
Ile razy więc zwyczajem teraźniejszych poetów chciałem zacząć kwilącą serca dyssekcją, lub melancholizowaniem sztuczném obrazów prostą legendę okrasić, tyle razy mary zjawione krzyczały z krajów przeszłości: serca nasze były zdrowe i ciała, w mowie naszéj nie było niespodziewanych concetti, choć córki królewskie nie wzdychałyśmy do xiężyca, choć synowie królewscy pędziliśmy woły na paszę: Ossyan usłyszał naszego zgonu historją, lecz nie znalazł w niéj dosyć chmur xiężycowych, duchów, sarn, błyskawic i wiatru wzdychającego po mogiłach, ani więc ruszył harfy na