Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bez żadnych bolów, bez żadnych omamień.
Skonał i skościał, i stał się jak kamień,
A tak okropnie po śmierci wyglądał,       145
Jakby już próżnych naszych łez nie żądał,
Ale chciał tylko lice swoje wrazić
W serca nieczułe, oczy nam przerazić,
I wiecznie zostać w rodziców pamięci,
Z twarzą co woła — jesteście przeklęci! —       150

Skonał. Myślałem wtenczas — o! rospaczy! —
Że jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,
Jeśli Anioła śmierci przyszle po nie:
Dziecko mi weźmie — żonę — a po żonie
Mnie nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę.       155
Córka! — Ja myśleć nie śmiałem o córce!
I trwoga o nią nie gryzła mię żadna.
Ach ona była młoda! taka ładna!
Taka wesoła, kiedy moją głowę
Do lilijowych brała chłodzić rączek,       160
Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnowę,
Około cedru biegała po trawie,
Jak pracowity snując się pajączek.
Patrz! i ten pas mój błyszczący jaskrawie
Ona robiła — i te smutne oczy       165
Ona rąbkami złocistych warkoczy
Tak przesłaniała; że patrzyłem na nią
Jako na róże, przez łzy i słońce.
Ach, ona była domu mego panią!
Ona jak jaśni anieli obrońee,       170
Najmniejsze dziecko w kołyseczce strzegła.
I gdzie płacz jaki słyszała tam biegła;
I wszystkie nasze opłakała ciosy,
I wszystkie nasze łzy — wzięła na włosy.
Dziesięć dni przeszło, i nocy tak długich,       175
Że śmierć już mogła na gwiazdy odlecić.
Dziesięć dni przeszło, dziesięć nocy drugich
Przeszło — nadzieja zaczynała świecić.....
Po dzieciach ustał wielki płacz niewieści,
I naliczyliśmy ranków trzydzieści.       180
Nareszcie zbywszy pamięci i mocy