Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


smutne dumy z ziemi rodzinnéj. Lecz dosyć już o tym śnie tajemniczym życia mojego, o tym złotym stepie, i o tym namiocie gdzie miałem chwile spokojne, gdzie budząc się przez roztworzone płutno, oczy moje napotykały konstellacyą Oriona, tak podobną do gwiaździstéj lutni zawieszonéj przez Boga nad biednym namiotem błędnego polaka. Dosyć o tym cichym tygodniu życia — przeminął. — Wielbłądy moje znów uklękły przedemną i podniosły się z pielgrzymem zadumanym, wyciągając długie wężom podobne szyje ku grobowcowi Chrystusowemu: a kiedy już byłem o godzinę drogi ku wschodowi, obróciłem się na siodle aby raz jeszcze spójrzéć na mój namiot zielony; obaczyłem go na wzgórzu i zdawało mi się że sam wyszedł na miejsce wysokie aby mnie pożegnać; a czy to ludzie pakując rzeczy, czyli też sam namiot nie czując już w sobie mieszkańca: wyrwał kilka kołów z piasku i skrzydłem powiewał za mną; pokazując mi swoje łono czarne i puste. — Odwróciłem się od téj rzeczy co miała serce rozdarte po mnie. A wkrótce zaczęły się pokazywać na piasku lilije białe, zwiastując że się zbliżam do żyźniejszéj krainy: i pomyślałem, że na te same kwiaty obróciwszy oczy mówił Chrystus do uczniów swoich, aby się nie troszczyli o jutro i o rzeczy z tego świata; patrząc na lilije które Bóg odziewa.

Oto jest opis kwarantanny odbytéj przezemnie na pustyni; gorszą daleko wysiedział ów starzec opowiadający nieszczęścia swoje w następnym poemacie. Historya jego boleści nie jest całkowicie zmyśloną: opowiadał mi ją doktor Steble któremu