Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T1.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Drżącym od starości głosem
Starzec, pochylony laty,
Trząsł dumnym mocarzy losem.
Zaglądał w królów siedziby,
Zaledwo promyk oświaty,
Przez ubarwione gmachu przedzierał się szyby.

Jakiś mnich stanął u proga,
Kornéj nie uchylił głowy,
Walczył słowami Boga.
I wzgardził świętemi kary.
Upadł gmach zachwiany słowy,
Błysnęły światła promienie...
Piérwsze wolności westchnienie
Było i westchnieniem wiary.

IV.
Jak sosny niebotyczne, urośli królowie,
Deptane prawa Ludów, gdzież znajdą mściciela?...
Na Albionu ostrowie,
Kromwel — Któż nie zna Kromwela?...
On dawną krwią Stuartów zalał stopnie tronu,
I nie chciał na nie wstąpić — on pogardził tronem.

I czémże dzisiaj jest król Albionu?
Błyszcząca mara — widziadło,
Xiężyc na niebie zamgloném,
A słońce praw oświéca tę postać wybladłą.

Ale wielcy mężowie zasiedli do steru,
Świątynią praw dźwigają tysiączne kolumny,
Patrzcie! jak długim rzędem za trumnami trumny
Wchodzą w posępne gmachy Westminsteru.

V.
O świat nowy Hiszpańskie uderzyło wiosło,
Tam brat zaprzedawał brata...
Na lądzie nowego świata,
Żałobne drzewo wyrosło,