Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego 01 (Gubrynowicz).djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wtenczas wypadli słońcem wyschli Beduiny,
Bronzowi, w białych płaszczach, jak grobowe sępy,
I porwały mię czarnych szatanów zastępy,
I wiedli z krzykiem w groby od wieków milczące,        65
Paląc pochodnie — blado na słońcu płonące.

Nim doszedłem zaściennej piramid ulicy
Schyliwszy się podniosłem kamień soczewicy,
Która dawniej karmiła królów robotniki
I stała się pomnikiem pomiędzy pomniki;        70
Ta sama kształtem, tylko wosku wziąwszy białość,
Dziś — różniąca uczone głowy — skamieniałość!
Postrzegłszy, żem krainę głazów ruszał senną,
Jakby mi chcieli w piaskach zadać śmierć kamienną
Araby mię w grobowcach otoczyli gęściej,        75
A każdy trzymał granit ważony na pięści. —
Od nowej się napaści obroniłem skoro,
Głaz pamiątek kupiwszy za para pięcioro.
I szedłem z Arabami w piramidy łonie
Szukając drzwi — te były na zachodniej stronie.        80
Przed drzwiami do nizkiego podobną pagórka
Piramidę maleńką ma Cheopsa córka.
Stanąłem — tak pokornie tu się położyła
Przy mogile ojcowskiej dziecięcia mogiła,
Że łzy miałem na oczach...        85

W piramidy ścianach
Jest otwór, gdzie do grobu wchodzisz na kolanach.
Arab z pochodnią wpełznął i zniknął. Musiałem
Synom stepów się oddać i z duszą i z ciałem.
Dwóch zaprzęgło się do mnie, dłonie wzięli w kleszcze
Trzeci lazł rakiem, świecąc, a czwarty mię jeszcze        90
Popychał — i w ciemnościach mnie gmachu pogrzebli
I ślizkimi kominy, bez schodów i szczebli,
Wiedli w górę, aż wreszcie mogłem ponie głowy,
Obaczywszy się żywym w Komnacie Królowéj,
I dalej korytarzem trumnianego ula        95
Pełznąc, obaczyłem się w Sali trupa Króla
Blask pochodni się lekko po ścianach rozpłonił.
Sarkofag próżny — ręką uderzyłem — dzwonił,
Jak rzecz pusta...