Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/667

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nań patrząc i ze stanowiska chrześcijańskiej cywilizacji go uważając, zrozumiałym się wyda.
Zygmunt Krasiński był w Rzymie w czasie tym, kiedy wyszedł «Król Duch», ale zachwycony był pięknością samego języka i mawiał mi nieraz, że uważa go za piękniejszy co do formy nawet od przekładu «Jerozolimy Wyzwolonej» Piotra Kochanowskiego, acz winienem przecie i to dodać, że kardynał Mezzofanti[1], mówiąc raz ze mną, wyraził się był, iż «Tassa w oryginale nie czytuje, bo milej mu jest czytać tłumaczenie polskie, Piotra Kochanowskiego!» Mimo to Krasiński «Króla Ducha» nie pojmował i wyrozumieć ogółu jego nie mógł. Ktokolwiek też życzy sobie czytać poemat ten tak jasno, jak się czytają dzienniki, ten celu swego nie otrzyma. Ciemna to zaiste i burzliwa historja azjackiego «Ja» w dziejach, a koniec tej mono-epopei naznaczony zwycięstwem tego «Ja» nad sobą samym:

«Spijże, mój kształcie pierwszy, z ducha zdjęty,
Świecący wdali, jak księżyc na nowiu;
Upiorny, za krew wylaną przeklęty,
W koszuli z drutów i w czepcu z ołowiu!
Klątwa na ciebie, jak na dyjamenty,
Na bazaltowe kolumny w pustkowiu
Pierwszej natury z ducha budowane,
W ciemności, w chmury i w piorun ubrane...»

Cały ten tok energji historycznej, rozbijając się o koniec własnej osobistości, wypowiada:

«Lecz ja na tobie nogę postawiłem,
I dalej szedłem; jużem był boży.
Morza się cofną, góry pójdą pyłem,
I Świat się komet deszczami zatrwoży,
Gdy duchem spełnię, co ciałem spełniłem,
Duch, ukazany w pierwszej świata zorzy,
Któremu Pan Bóg swych zasłon uchyla,
A lat tysiące są jak jedna chwila».

Od Armenji, gdzie wedle podań arka zatrzymała się, przechodząc przez Iberję, Kaukaz, Scytję, Roksalanję, Markomanję, Kimbrję aż do Kaledonji napotyka poeta różne ludów przedświty, napotyka je tam i sam bezładnie. W dwóch wierszach maluje dwieście lat, w jednej łunie sto pożarów, a w zamachu jednym i jednym miecza poświście, rzezie całe; każdy też czytelnik, obznajomiony z historjozofją mitów, zrozumie, że, gdyby w toku epopei, mającej za bohatera «Ja», było więcej ładu, epopeja ta byłaby raczej systematem filozofji dziejów. Albo tu zamęt jest konieczny, albo pomysł całego poematu niewłaściwy. Myśl wszelako ogólna monoepopei wyraźnie i bez właściwego jej omroku czytelną jest w ostatnim momencie, to jest kiedy przesilenie osobistości w owem «Ja» dotyka praw bożych i przechodzić się zdaje wszelką miarę, a jest jednak spowiedzią tylko:

«I któżby to śmiał w księgi ludzkie włożyć,
Dla sławy marnej a nie dla spowiedzi? —
Postanowiłem niebiosa zatrwożyć,
Uderzyć w niebo tak, jak w tarcze z miedzi,
Zbrodniami przedrzeć błękit i otworzyć
I kolumnami praw, na których siedzi
Anioł żywota, zatrząść tak z posady,
Aż się pokaże Bóg w niebiosach blady...»

Co znaczy ten Bóg blady? Oto Bóg Syn, Bóg umęczony — Bóg człowiek w chwili śmierci i chwili zwycięstwa swego na ziemi! Poeta określa spotkanie z Azji przeprowadzonego «Ja» w Iwanie Groźnym z wszechmocnem cywilizacji chrześcijańskiej «nie Ja». Dlaczego zaś Królowi Duchowi taż sama forma jest nadana, jakiej Tasso, a z nim Piotr Kochanowski do pierwszej epopei chrześcijańskiej użyli, to się lepiej wyjaśni tem, co powiem niezwłocznie.

Gdybym miał otworzyć zdanie moje o epopei, wtedy co do epopei chrześcijańskiej postąpiłbym tak, jako gdyby wszystkie pejzaże, jakie kiedykolwiek malowano, przyszło w całość ułożyć. Możnaby zaś tego dokazać pod czterema warunkami światła, wschodu, zachodu, północy i południa, je ustawiwszy. Tak samo też i epopeje, które mają za przedmiot ciąg chrześcijańskiego żywota i cywilizacji, możnaby w cztery ułożyć postacie. I oto najpierw «Jerozolima Wyzwolona» poczynałaby się o świcie dziejów, w czas tej jutrzni młodej, którą wszyscy poeci głoszą jako natchnieni źródlisko, jako gwiazdę zaranną w samej młodzieńczości sił poczętą. Dlatego to Tass nawet rozpoczyna przez obraz jutrzni. — Drugą w następstwie epopeją, odpowiadającą pierwszej, lecz jak zachód odpowiada jutrzni

  1. Józef Mezzofanti (1774-1849), słynny poliglotta; pod koniec życia mówił podobno 58-u językami.