Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/575

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sionych rozmów... jest ciągle ochroną czegoś, czego niema, lecz nie widzi, gdy zatratą stawa się tego, co jest...»
— «Więc to... o Boże mój», — rzekła generałowa, — «nie oni tu, dziś żyjący z nami, rozdarli sobie wzajem serca kochające...»
— «Więc to nie oni» — rzekłem — «lecz wy pieczętowane przez zmarłych znamię na nich... A gdy czas i bardziej wydoskonalone środki obserwacyjne dozwalały na takie zastanowienia, okazałoby się może, że tak samo wszyscy bywamy, lub tak jesteśmy. I ludy, i pokolenia, i nawet osobistości pojedyńcze, podobno, że arcymało, jako oni i one same, weszli dotąd w dramat życia i w historję! Wielkie to jest jeszcze pytanie, kto na samych nawet polach boju potyka się?...»
Gdy tych właśnie słów domawiałem, generałowa widocznie była wzruszoną.
Podniosła się i sprowadziła mię przed wizerunek męża... milczała chwilę, potem rzekła:
— «Te wyrazy, które przed chwilą powiedziałeś, są słowami generała z ostatniej swobodnej rozmowy, jaką mieliśmy, mają więc one dla mnie i wybrzmienie i urok szczególniejszy...»
Stałem chwilę, patrząc na portret wojownika, obrzuconego w szary żołnierski płaszcz, z lunetą w ręku... i zaprawdę, że nie wiem, czyli już do generałowej, czy do siebie mówiłem taką bezzwięzłą parabazę[1]:
— «Jest niemało do powiedzenia ludziom, ale czy znieść potrafią?... Będzie im można więcej mówić, lecz wtedy dopiero, skoro oni nauczą się wiedzieć, kiedy się godzi śmiać a kiedy płakać...»
Służący cicho się przybliżył i, półgłosem o przybyciu doktora gdy zawiadomił, opuściła mię generałowa.
Wyszedłem...
Opodal niedomknionej kraty parku, z poza której widać było karetę doktora, spotkałem jeszcze smętną i baczną ochmistrzynię, która, chętnie odprowadzając mię, mówiła:
— «Teraz, gdy bez dzwonka jesteśmy, czujność nasza nieustanną być powinna. I tak nieco sami jesteśmy, jak te prawdziwie chrześcijańskie dusze, którym niewiadomy jest ani dzień, ani godzina, gdy śmierć przyjdzie».
Pożegnanie to, głęboką nacechowane melancholją, przypisywałem w myśli macierzystym a żałobnym osoby wspomnieniom, odnoszącym się do straty córki.
Wszakże ile w tem przeczucia było, to nie za długi przeciąg czasu ziściło się niestety względem nieodżałowanej Róży P.


II.

Kiedy to, co miewałeś blisko osobistem, połamie ci nagle przed oczyma fatalny wicher i kiedy on co osobowego nadweręży, lub z kurzawą popiołu precz odmiecie, pozostawają ci poglądy i poczucia ogólne, ludzkościowe, historyczne...
Lecz pozostawają może jako upajający męt na dnie kielicha... lecz otwierają się one może przed twemi oczyma, jak egipska Umarłych Księga[2], jedyna jeszcze do czytania wtedy, gdy już odeszły oczy od człowieka i pozostawiły dwie plamy cieniu głębokiego pod arkadami czaszki...
Tak, zdawa mi się, że jest — nie wiem napewno!...
Skoro zatem jasny i żywy salon generałowej zaszedł w te obłoki poziome i szerokie, które nad stolicami leżą i uwydatniają masę murów, zamieszkałych przez masę ludzi, i skoro na uczepionym między dwoma skały, jak pstry dywan, małym cmentarzu, jeden więcej cichy krzyżyk przybył, wyczytałem przypadkiem w dzienniku miejscowym, że genjalny skrzypek wycofał się z artystycznego życia i że w klasztorze milczących białych mnichów, gdzieś w górach, na nieokreślony czas zamieszkał.
Sam zaś powróciłem do nieco zakurzonych portfelów moich, a może, właściwie mówiąc, uciekłem do nich.
Niepierwszy to raz taki odwrót, czy ucieczkę takową umysł mój pełniąc, powinienem był znać dobrze manowce, ścieżki i drogi, któremi od obecności się uchodzi. Jak się obecności widok za plecami swojemi coraz więcej zamglony zostawuje, i jak się jej niekiedy całkiem zapomina, powinienem był to wszystko znać dostatnio...
Niektórego dnia wszakże, gdy w tym właśnie kierunku pracowałem, zjął mię był narazie sen nerwowy, do paroksyzmu podobny, tak, iż, jako trzymałem czoło bez podparcia żadnego, tak zasnąłem.

A kształt, który się znalazł obok, poddał mi pod skroń zwój zapisanego płótna cien-

  1. parabaza (gr.), w komedii greckiej ten ustęp dzieła, w którym aktor zwracał się w imieniu autora bezpośrednio do widzów.
  2. — rękopisy, wkładane do grobów i zawierające pouczenia, jak ma umarły postąpić przy spotkaniu się z bogami.