Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/548

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bieży nierówno kropla, rzucona rosą na okno, i tęczuje się, tak przez obłok przewiewała błędnie drobna jasność, do perełki podobna... Zasmuconym on był i okrążył raz jeszcze nad domostwy, bielejącemi w zieleni drzew, i poleciał...
Tymczasem jednakże pieśń lamentu raz rzuconemi w powietrze wybrzmieniami rozlegała się tętniącą, długą falą, pomagana klonem to trzcin nadwodnych, to stepowego bujnego kwiecia, szła i szła, różnobrzmienna, różnie podejmowana, cichnąca, silniejsza, lecz taż sama.
I dobiegła ona do puszcz gdzie leżał żubr, z monumentalną powaga żujący ziele. Ten indyjski wół, z głową ciężką dużem wiedzeniem rzeczy dawnych, przerodził się był nieco od dni, w których, z pod Himalaja przyszedłszy z Litwinem, zamieszkał głębokie mateczniki, co dnia dostępniejsze. Atoli pozostał najpoważniejszym z żywych pomnikiem dni pierwszych Europy.
Jego to brwi i ucha gdy dobiegła fala lamentu przez drżenia roślin bujnych, począł w te słowa:
«Człowieka jeszcze domiarkowanego nie zna stworzenie: energja jego sama się z siebie w nim raduje i dowcip sam w sobie szaleje z potęgi własnej. Może on jeszcze nigdy nie jadł — może on dopiero pokąsał wszystko i wyssał? Dlatego to i nie nakarmi swoich wszystkich!... Jeżeli rozpustuje w pożerstwie i łupieniu zwierząt, to, iż onych także zapomniał albo nie zna wśród opatrznych praw ich ojczyzny. Bydło jego są to dzieci i wnuki jeńców, drzewa są niedorąbane wióry! Ale on dopędzi kresu tej chuci, gdy spotka się pierś w pierś z pomnikiem ojczyzny opatrznej tworów na tej ziemi, gdy się spotka z lasem-dziewicą!
«On, dziecię potrzeb, nędzy i szaleństwa, nagie, bezchronne, głodne, syn zakopciałych i zatęchłych miast, jałowej lub wycieńczonej gleby i karłowatych drzew... On, przepisujący tą właśnie nędzą swoją prawa bytom!... I jakże niema być lamentu stworzeń?...»
A to gdy tchnął żubr powiewowi, co szedł falą w puszczę przez drżenia roślin, zachodziło już dobrze słońce — i zaszło, i była noc.

Kręgiem, kręgiem gdy poleciał był anioł, mknęły polem równo i proste skrzydła jego, jak długi promień. Przy księżyca i przy wielkich gwiazd blasku przeleciał on szerokie i spokojne jak niebo morze. Jutrznia bieleć kiedy niekiedy poczynała śród szafirowego mroku i wyjaśniały się opodal długie skaliste brzegi, gdy anioł jeszcze zdawał się podwajać lotu pęd, tak, że, jeślibyśmy się na anielski sposób wyrażali, musiał on mieć «pilny bez-interes».
Lecz skoro opalowe dopiero, ale już szerokie odbłyski zorzy wyświeciły krajobraz, dawały się widzieć i rozeznawać podnóża Libanu w ojczyźnie tajemniczych rzeczy bożych.
Było cicho w naturze, i tem ciszej, że na sposób i nastrój moralnego w duszy uciszenia...

Kaplica była, sama z pustelni się robiąca, a ta z groty, w skale wyciosanej mocą natury, sztuki i codziennego użytku. Przed ołtarzem zajęty był rozpoczęciem nabożeństwem pustelnik jeden, gdy drugi służył mu w obrzędzie. Zresztą ława prosta i księga na niej zamknięta i nic więcej.
Anioł zstąpił na próg stojącej otworem kaplicy, bo drzwi nie było wcale, i, wkłoniwszy się w ciąg modlitwy, widać było, że dopiero odpoczywał. Radowały się wyraźnie oczy jego widokiem aby dwóch ludzi, na których żywocie, mieniu i obyczaju nie było żadnej skazy, naznaczonej gwałtem lub krzywda jakakolwiek bliźniego, ludzkości i stworzenia!...
To ku temu więc leciał tak skoro z tak daleka... To ku temu więc taką trzeba było zadawać sobie podróż oddaloną i poszukiwanie przedsiębrać tak usilne!
Kapłan się obrócił od ołtarza i rzekł: «Orale fratres...»[1].
Nikogo prócz anioła tam nie było, tylko dwa lwy przeszły powoli mimo progu i, otarłszy się biodrami o kamienne odrzwia przy wnijściu, tymże samym powolnym krokiem oddaliły się w stronę cedrów, czerniejących ponad parowami.
Tymczasem szło dalej nabożeństwo z bezwzględną starannością i spokojem, a gdy już ku końcowi tak odprawianej mszy się miało, podniósł anioł rękę ku księdze i, wedle chaldejskiego obyczaju skrzydłem na traf otworzywszy karty, zatrzymały się pióra jego i położyły śród tych wierszy:

(Ozeasz, II, 18). I postawię dla ciebie przymierze dnia onego ze zwierzem polnym, i z ptastwem powietrznem, i z płazem ziemskim, a łuk i miecz, i wojnę wygładzę z ziemie: i sprawię, że bezpiecznie mieszkać będą.


  1. — (łac.) módlcie się, bracia.