Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/535

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


twarzy pewnego podróżnego, chleby łamiącego, przemienia się i chrystusowieje.
A potem owe rzeczy, które właśnie mówiłem z Eulalją, przyszły mi na pamięć i, że kończy się właśnie karnawał hucznie, gdyż post zbliża się.
Lecz nie zaniedbałem wcale i to w pamięci mieć wkreślone, że osoba, której przedstawiony byłem, zowie się — i tu powielekroć zmieszały się nagle wszystkie wrażenia moje.
Aż wyjaśniłem sobie stanowczo, iż przez chrzest święty dla romansu w czasie narodzenia się jej popularnego, jest ona Eulalja, a przez sakrament bierzmowania dla Edgarda herbu Strzała Edgardą, i że na dzień Barbary świętej na świat ten przyszła osoba tyle piękna, a którąby więc w innym względzie poprostu Barbarą nazywano.
Potem, iż post — czyli czas sakramentu pokuty — zbliża się, myślałem, tudzież, jako karnawał zamyka się. A myśląc tak, było już jakoby dobrze po północy i mieć się zaczynało ku porankowi.
I patrząc na ów rembrandtowski pendzel, rozważałem o światłocieniu sztuce, albowiem powiedziećby można bez wahania się, iż do Rembrandta nikt, nawet i Rafael sam, nie znał światła. Linję znał Rafael, jako nikt nigdy nie znał i nie pozna jej, ale światło jego jest światłem wcale bezżywotnem. Rembrandt zaś odkrył i objawił głęboką światła tkliwość i mistyczną logikę.
A to myśląc, było niewiele już do pierwszych zarania chwil. Więc wyszedłem i chłód mię objął, na skroniach wrażliwie czuć się dając i otrzeźwiając oczy moje — a ja szedłem.

II.

I kiedy tak szedłem, to przez schody szerokie tam i ówdzie, to znowu przez sień, marmurem w czarne i białe słaną kwadraty, pusto było dokoła i coraz mniej muzykę słyszeć mogłem, a raz po raz niecierpliwego konia stąpanie i poklask podkowy o bruk słyszeć się dawały od dziedzińca.
Gwiazd ostatnich spojrzenia blade zagasały, ale widocznie były jeszcze, gdzie nie przykrył ich obłok, długi, szary, bardzo na niebiosach obwiśnięty, jako dzikiego gołębia bywają skrzydła.
Służący jeden przeszedł wolno koło mnie, niosąc świecznik z zagaszonemi świecami, a niektóre złamane były.
Przekleństwo jedno zniecierpliwionego woźnicy doleciało mię — — szedłem w ulicę.
I idąc, kiedy spojrzeć chciałem na zegarek mój, która godzina, zatrzymałem się, a oto u obuwia mego spostrzegłem leżącą bransoletkę, która złotem kołem świeciła się, jak owe koła złote nad skroniami świętych w sztuce bywają używane, więc, podnosząc przedmiot, pomyślałem: «Któraż święta zgubiła chwałę swoją?»
Poczem, zobaczywszy, iż była prawie piąta godzina z rana, uważać począłem przedmiot znaleziony.
Dwa złote rogi obfitości, bodźcami swemi na zawiasę związane, czyniły dwa półkola bransoletki, a paszcze rogów onych, jako paszcze potworów, dzierżyły diamentowemi zębami tarcze dwie.
I tarcze te zamykały się i był na jednej «Edgar», a na drugiej napis «Eulalja».
Więc nie miałem uczucia ciekawości, czyją znalazłem zgubę, i szedłem ulicą pustą, a stawało się widno.
Dwukolny wóz jeden ogrodnika, na targ jadącego, przeszedł do pół ulicy i obrócił się w stronę przeciwną.
Z gasnącą latarką i długim hakiem w ręku szedł kilkoletni śmieciarz, a opodal stał kosz jego niepełny — hak był sporszy od wieku i sił chłopca, a chłopiec blade miał oblicze, jako kamienie bruku wapienne, po których szedłem.
Ulicę tę całą przemierzyłem krokami memi i, zamknięte widząc gospody wszystkie, pomyślałem: «Oto przejdę na lewo około ogrodu zamożnego jednego obywatela, którego znałem i lubiłem, bo był poetą. Będzie mi przyjemnie opodal siedziby miłego człowieka przechadzać się, aż godzina śniadania w mieście się zbliży».
I tak uczyniłem. Ale szedłem bez nakreślonego ściśle planu, owszem drogą obłędną i zaułkami, mało uczęszczanemi.

A tam, gdzie murów starych resztki z niepodokańczanych uroszczeń współczesnej architektury wyglądają; a tam, gdzie uliczka wąska ma być na szerszą przemieniona, usłyszałem dzwonek, raz po razu odzywający się, i zobaczyłem dwie służebne, z koszami w ręku podążające w stronę, skąd dzwonek brzmiał. I zobaczyłem po chwili purpurowy niegdyś baldachim w kształcie kardynalskiego parasola, resztką złocenia świecący, pod nim szedł w komży białej proboszcz i niósł eucharystję[1] do chorego — parę osób

  1. eucharystja (gr.), komunja św.