Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To zaś litośnie poparł ruchem głowy —
«Więc trzeba cenić, gdy dziecię, po wzorze
Pisząc, dokłada i swój trud jałowy!» —


Tu przetarł włosy i sprysnął palcami
I rzekł: «Innego dnia będziemy sami,
Teraz już późno». Wstał, Barchob na stronie
Ku lampie miał się.

«Zrodzona w Sycjonie
Czy w Knidos, jest tu poetessa pewna:
Grecja do siebie ma, że była śpiewna».
Mówiąc to tonem żegnalnego słowa,
Mistrz Jazon ginął w mroku wielkiej sali.
Syn Aleksandra czekał, aż ta głowa
Siwa, od lampy oświecona wdali,
Zmierzchnie i jako meteor się schowa.
Potem stał jeszcze, jakby słuchał nieco.
Co zmówi powieść wody różańcowa,
Skoro ją blaski księżyca oświecą,
Już niełamane od ognia promieni;
A potem westchnął i wyszedł. Noc była
Widna; podwórzec, usłany z kamieni,
Bielał; lecz w każdym pierwsza myśl ożyła,
Skąd był, do czego ziarnkiem swym należał.
I każdy z głazów tych, zdało się oku,
Że przypominał się znajdować w tłoku
Wstrzymany, ale nie ówdzie, gdzie bieżał.
Stąd niemy lament między temi bruki
Czułeś i różnych wytężeń splątanie:
Co Aleksandra syn baczył, jak wnuki,
Gdy legend poczną skwapliwe czytanie,
Słysząc chód znany, szelesty, i stuki,
I nieuważne mieczów potrącanie,
Takie, że, rzekłbyś, dziady szli ku tobie
W miarę twojego zaczytania w treści,
Lecz wstrzymywali się, chowając w grobie,
Ilekroć brałeś rzecz ich za powieści,
Lub zmianą ruchu wypocząłeś sobie.
Szedł więc ostrożnie, jak wśród rzeczy żywych,
Przez on podwórzec ku parowu jamie,
Plamami cieniów pstrej od sosen krzywych,
Wiodącej ścieżką swą ku znanej bramie;
Tu, ówdzie bacząc leżącego w ciszy
Męża, co w śnie się przewraca lub dyszy,
Albo półsennej modlitwy domawia.
Płaszcz strząsa, kamień pod skronią poprawia.
Ci wszakże goście senni byli jemu
Bynajmniej dziwem; każdy ich widywał
I mijał — myśleń aby nie przerywał
Lub snu, lub mowa ich że cale inna
Od rzymskiej, albo że postawa gminna!
Syn Aleksandra owszem myślił raczéj:
«Oto tu Zofję spotkałem, tą drogą
Szła. Cóż pomyśli, skoro mię zobaczy?
Co mi odpowie i z jak wielką trwogą,
O pamiętniku gdy wspomnę zgubionym?»
Dalej — «Jak wspomnę?» — myślał jeszcze daléj
Chwilę: «Co było w pamiętniku onym,
Że radby przejrzeć go, że potem spali,
Acz wiele mógłby dopełnić miejscami».
I tu mu Gwido stanął przed oczami
I mag. Postacie te mało podobne,
Pamięci próbą nieco oddalone,
Rozjęły mu się w kształty dwa osobne:
Wspomnienie Gwida, ściśle określone
Czynem, w jasności dokonanym dziennéj,
Żywotny miało blask, bynajmniej senny;
Szczegóły wszystkie dośrodkując w czynie,
Po lada fraszce przypomnieć się dało,
Jak chleb ten samy smak ma i w drobinie,
Co w bułce — albo jak toż samo ciało
W ćwierciach na cyrku, gdy męka już minie;
Wszakże, nie mając strony tajemniczéj,
Nikło jak zwykły fakt, bo niezwodniczy!
Wspomnienie maga było, jak tych rzeczy
Kosztownych, z miasta spalonego wziętych,
Które dopełnia wzrok i patrząc leczy:
Posągów takich, gromami pociętych,
Nie zapominasz, jak roboty własnéj.
I jasny ci ich kształt, gdzie był niejasny,
A ciemny ówdzie, gdzie w pełnej trwał sile;
W sposób, że, ileś włożył w nie, znasz tyle.
Mistrz Artemidor w przeglądzie takowym
Wspomnień mniej więcej został jednakowym;
A Zofja coraz w myśli się wtrącała:
Jak rzecz zgubiona, ciekawa, choć mała,
Którą odnaleźć gdy się człek usadzi.
Nie idzie o nią, lecz traf ją sprowadzi.
Tak marząc, nagle w pobocznym rozstępie
Drzew ku księżycem olśnionej płaszczyźnie
Usłyszał łoskot — jak gdy skrzydło sępie
Bije, jeżeli wąż się w gniazdo wśliźnie —
Łoskot, w przestanki porwany gniewliwe,
A dalej słowa, zgryzione namiętnie,
I znowu łoskot — jak w ciało nieżywe —
I echa, tętno liczące po tętnie,
Tępe, jak kropel, rzucanych po ścianie,
Spadki, lub suchej gałęzi trzaskanie.
Tam więc skwapiwszy się, gdy patrzył chwilę,
Ujrzał naprzeciw biustu Apollona
Postać jakoby męża w wieku sile,
Wzruszającego raz po raz ramiona,
Tam i napowrót kroczącego gniewnie,