Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Inny syrenę tę, z półrybiem ciałem,
Bez wrzących pulsów, odepchnął daleko,
Idąc za coraz nowym ideałem
Coraz nowego mistrza: co ci rzeką?
Posłyszeć, chwilę rozgorzeć, «Skonałem —
Wstałem» zanucić radośnie, lub w dobie
Trudnej z Zenonem[1] pomyśleć o grobie.

Nie był to wszakże czas rzymskiej potęgi.
Bo już Rzymianin znał się, że realny,
I zapisował porządnie do księgi
Edykt[2] ten albo ów perpetualny[3],
Ciesząc się więcej edyktów porządkiem,
Niż rządem — najmniej ciesząc się ich wątkiem.

Niewolnik chyba lżej posuwał kroku,
Czując, że ręką ktoś go wiedzie w mroku;
Lecz zali cesarz to był lub właściciel.
Nie znał — i wietrzył, jak spóźniony mściciel.

Żyd milczał w izbach zawartych, jak trumny;
Chrześcijanin znikał, lecz jawnie i w czynie,
Jako przy świetle kagańca kolumny
Też same zawsze, czy je olśnisz, czy nie.

A jako bywa wśród ległych ogromów
Myśli lub ciała, że w proch się trą nikły,
Tak już rozgłośnie systemy atomów
Brzmiały: te zawsze jedno znaczyć zwykły!
Znaczyć, co znaczy na zimnej miednicy
Popiół, gdy mirry braknie w kadzielnicy.


Ci, co wchodzili do mistrza Jazona,
Ujrzeli rękę jego wyciągniętą
Na znak, by siedli. Lampa zapalona
Przeciw fontannie płomień niosła kręto,
A blaski onej, rosą odkroplane,
Drżącemi światły wbiegały na ścianę.

Mistrz siedział, nogi mając wzdłuż podane,
Jak się na niskiem spoczywa siedzeniu,
Lecz nie odmienił nic w swem zamyśleniu,
Tylko niekiedy dłoń podnosił k’czołu,
Szerokim łokciem przypartą do stołu,
Jak człek na pierścień gdy patrzy lub mniema,
Że czas już powstać, ale woli nie ma.
Po chwili w stronę gościa wzruszył głowę,
Lecz do Barchoba wraz zatoczył lice,
Mówiąc: «Co zaszło?»
«Zdarzenie mniej nowe
Niż smutne» odrzekł, patrząc, jak na świécę
Na wzrok Jazona, który nań promienił.
«Chrześcijanin Gwido mówił — to i tyle»
Tu zmilkł i blade lica zarumienił.

«Cóż oni mówią?» Jazon rzekł powoli
Bez pytajnego akcentu, ni soli.
«Cóż?» odrzekł Barchob, jak echo gasnące
I była chwila ciszy, która boli,
Jak głośne kłamstwo lub prawdy ginące
W czasie, gdy wszystko mają oprócz woli.

«Mówił» — gość rzecze po niejakiej chwili —
«Że bogi, więcej od cesarza czczone,
I była chwila ciszy, która boli,
Że są prawdziwe rzeczy i zmyślone —»

Kiedy to zdawał gość głosem nierównym,
Mistrz Jazon, głowę uchyliwszy w stronę,
Słuchał, lecz widno sens mu nie był głównym
Przedmiotem treści, tak wypowiedzianéj,
Lecz słuchał, jakby kto mówi sens znany.

I znów fontanny tylko łzy perlone
Brzękły — czy Barchob cofnął się do ściany.

«Że są prawdziwe rzeczy i zmyślone,
Jest fałsz — i prawda», Jazon zimno doda,
Patrząc, jak kropli się w fontannę woda:
«Skąd rodem jesteś?»

«Z górnego Epiru».
«Szkoły?»

«Różnego zażywałem stéru
I oto pismo mam Artemidora».

Wziął je i, patrząc dookoła sali,
Wyciągnął rękę ku bazie Kastora
Z Polluksem[4], rzucił i pojrzał, azali
Legło, jak człowiek, lekarstwo ważący.
Niby roztropnie i niby niechcący —
Potem rzekł:

«Cesarz!» — jędrnym głosem wcale —
«Panuje mądrze nad szerokim krajem,
W którym są ludy, jednym zjęte losem,
Różne i różnym żywe obyczajem.
Obyczaj jeden trwa lat sześćset, trzysta
Inny znów ośmset lat — człowiek nawzajem
Obyczajowi służy, jako może,
By przecie robił coś, acz jest chwilowy» —

  1. Z Zenonem o samobójstwie. (P. P.).
  2. edykt (łac.) — rozporządzenie monarsze.
  3. perpetualny (łac.) — powszechny, ogólny.
  4. Kastor i Polluks, «Dioskurowie», bracia Heleny trojańskiej, czczeni jako bogowie.