Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz palcem krymki dotykał na głowie
I mówił głosem — co wielu baczyło —
Takim, jak cesarz mawiał, z takąż siłą:
Acz w tem najmniejszej przesady nie było.
Filolog wielki! Greckiego zażywał
Z Rzymiany, niedość wyznając się wprawnym
W latyńską mowę; gdy ucznia przyzywał,
Z fenicka mawiał doń lub innym dawnym
Językiem, pełnym szeptań i przydechów.
Chrześcijan znał mało, lub, gdy mawiał z niemi,
To o lekarskiej sztuce, płodach ziemi;
Też jak z niewiasty — nie stronił i śmiechów!
Dziwny mąż! Cesarz, że był wiedzy chciwy,
Znał go lub wiedział, kto jest ów sędziwy,
Ze swoją łaską włóczący się długą,
I charonowym[1] nazywał go sługą.
Mistrze stopniami byli z nim w stosunku,
I mnóstwo osób znało — tak z trafunku.
Wędrowni męże z za wielkiego morza,
Biedni mówili, że jest: ręka boża,
I nieraz ciche widziałeś osoby
Przed perystylem magowego domu,
Na grobów złamkach siedzące, jak groby;
Obce w stolicy, nieznane nikomu,
Łokciami wrosłe do kolan od brody —
Gdzieś spętanego narodu rapsody.
Niejeden leżał tak w blasku księżyca,
Na nocne mało uważając chłody,
Pod murem, inny w kuczkę, jak kotwica
Zwił się i słońca przeliczal zachody.
Mistrz Artemidor — kto znał go już bliżej —
Szersze od maga wykładał pomysły.
Natchniony nawet bywał, lecz nieścisły,
I niewątpliwie, że wszystko brał niżej;
Acz, potrącony Jazona milczeniem
Lub wątpliwością, dziwnie wyrażoną,
Wzbierał i takiem porywał natchnieniem
Orłem, że słuchacz z żadną nie stał stroną
I, gdzie przechylić się, nie wiedział wcale,
Co Jazon zwykł był zwać: «Nie nowe, ale — —»

Mędrców tych bliżej badając dwoistość:
Wzniosłość koryntczyk znał, mag — uroczystość,
I była jedna między nimi strona
Nieprzełomliwa, jak czasów wyroki,
Wyczerpniętemi słowy naznaczona
Poczem w dwie strony obracali kroki,
Milcząc; a znali tak ową granicę
Czuciem, jak mało wiedzieli, czem ona.
Gmin w tem dwóch mędrców widział tajemnicę,
Która ich łączy w jednego olbrzyma,
Głów mającego dwie, cztery ramiona;
I, myśląc, że to w jedności ich trzyma,
Co rozpychało ich lub rozdzielało,
Zbliżoną napaść za jedno brał ciało.

Schodząc mag z Zofją, te jej mówił słowa:
«Niewiasto zacna, to tak — w tej już chwili,
Mniemam, że lepiej czujesz się, żeś zdrowa;
Nie, iżbym odjąć mógł — jak to robili
Dla innych inni — niemoc wyższą mocą;
Bo nie ten przedmiot spotykam przed sobą».

«Zaiste — przyszłam, jakby czując, poco»,
Odrzekła Zofja.

«Inną może dobą» —
Mistrz Jazon mówił — «o księżyca nowiu
Dano mi będzie znać o pełnem zdrowiu.
Dasz mi znać». —

«Jako? Przyjdęż? Czy Barchoba,
Czy ciebie, mistrzu, w progach mych zobaczę?» —

«Rzecz jest, rzecz będzie, nie ma być osoba?»
A potem dodał zimno: «I ja raczę
O kiju przywlec się, gdy przyjdzie pora».
Tu obrócił się do Artemidora,
Dla dwojga razem grzeczność dając jedną,
I wspomniał: «Wiele niech nie czyta chora.
Szkoda, że stare rękopisma rzedną.
Dobrze jest miewać wzgląd na autora.
Kiedy się czyta. Cóż za rzecz przedziwna
Czytanie! Jako gałązka oliwna
Lub migdałowy kwiat». — Koryntczyk rzecze:

«W tym względzie panią, ile mogę, leczę».
A Jazon dalej: «Kiedyś wchodzi do mnie
Osoba, oczów prawie pozbawiona:
Ból swój i żałość wyrażając skromnie,
Za nią tuż lektor, głos mający równy,
Czysty, jak woda dobrze przecedzona,
Nie wiem, czy taki, czy inny, jak ona.
Ten, choć niósł pisma w torbie, nie był główny,
Bo dalej jeszcze szedł autor tych rzeczy.
Dnia tego, tyle mając do przyjęcia
Osób, nie mogłem dosyć mieć na pieczy,
Ile dać kropel, jakie owinięcia.
Nie wiem, co z tego będzie. Czasem doba
Przeszkodzi, czasem przeszkodzi osoba.

  1. Charon — w mitologii greckiej, przewoźnik przeprawiający dusze zmarłych przez rzekę Styks.