Strona:PL Dumas - Pani de Monsoreau T3.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bo się dobrze ukryłem; od tej chwili jechałem wciąż za tobą, aż oto zjechaliśmy się w Lyonie, mówię zjechaliśmy się, bo w godzinę po tobie stanąłem w tym samym co ty hotelu, a nawet w stancji nad twoją.
W podłodze zrobiłem dziurkę, za pomocą której wszystko widziałem, co chciałem widzieć, a nawet i bawiłem się dobrze.
Zachorowałeś, gospodarz chciał cię wypędzić z mieszkania; nie chwiałeś ustąpić, boś tutaj wyznaczył miejsce schadzki Piotrowi de Gondv, bałeś się, aby cię nie szukał i abyś nie naraził go na opóźnienie.
Środek ten tylko napół mię złudził; jednak sądząc, że jako człowiek mogłeś w istocie zachorować, posłałem zakonnika, aby cię skłonił do skruchy, wprowadził na drogę cnoty i powinności; ale daremnie, grzesznik zapamiętały, chciałeś zabić kapłana i zapomniałeś o prawdzie owej ewangelicznej: jaką kto bronią wojuje, od takiej zginie.
Teraz przychodzę do ciebie i mówię: Panie Dawidzie, dawni jesteśmy znajomi, skończmy sprawę naszą.
— Jak mamy skończyć?
— Tak, jakby się skończyła, gdybyś chorował a mój przyjaciel wyspowiadał cię i otrzymał żądane papiery. Wtedy z serca bym ci przebaczył.
A więc panie Dawidzie, przestań knuć spiski, powierz się mnie, zerwij z panami de Guise, oddaj papiery, a zgoda ze mną i z królem.
A gdybym ci ich nie oddał? — zapytał Mikołaj Dawid.
— Skoro nie oddasz, zabiję cię. Wszak to śmieszne panie Dawidzie?
— Prawda — odpowiedział adwokat — pieszcząc się z mieczom.