Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Więc proszę mi z tego sukna zrobić pięć kapturów.
Krawiec się na to zgodził, umówili się o cenę i o termin i w oznaczonym dniu krawiec oddał pięć kapturów. Ale jakich? proszę patrzeć!
To mówiąc, skarżący podniósł rękę, u której na każdym palcu wisiał malusieńki kapturek.
Czegóż zatem żądasz? — zapytał Sanczo.
— Żeby krawiec nietylko zrzekł się zapłaty, ale zwrócił mi wartość zepsutego sukna, bo przecież z tych zabawek ja żadnego pożytku mieć nie będę.
— Cóż ty na to? — zapytał Sanczo oskarżonego.
— Wszystko tak było, jak mówi ten człowiek — odrzekł krawiec — ale że nie umówiliśmy się o wielkość kapturów, więc ja, żeby ukarać tego człowieka za podejrzenie krzywdzące, zrobiłem tyle kapturów, ile sobie zamówił i ani zrzynka sukna sobie nie zostawiłem.
Sanczo Pansa pomyślał i wydał taki wyrok.
— Ponieważ każdy z was drugiego krzywdził świadomie, jeden podejrzeniem niesłusznem, drugi robotą dla tamtego nieprzydatną, więc jeden z was utraci swoje sukno, a drugi nic nie dostanie za swoją robotę. Kapturki mają być oddane ubogim.