Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Do kroćset! — zawołał Sanczo — to ładne wymaganie! Cóż moje plecy obchodzą zaczarowaną Dulcyneę? Dla mnie może ona pozostać zaczarowaną, czyż niema na to innego sposobu, tylko moje plecy?
— A, ty łotrze! — krzyknął Don Kiszot — To ty taki jesteś?! Musisz to zrobić, bo inaczej wydrę z ciebie duszę! Zaraz zaczynaj!
— Hola, szlachetny rycerzu! wstrzymał go Montezynos — Sanczo Pansa musi poddać się plagom z własnej wolnej i nieprzymuszonej woli. Inaczej byłyby bezskuteczne.
Sanczo pozostał nieubłaganym.
Słysząc to, dziewica, siedząca na tronie, odrzuciła za siebie przezroczystą zasłonę, powstała i obsypała giermku wyrzutami.
— Ty niewdzięczniku! — mówiła — takie wrzaski wyprawiasz z powodu marnej chłosty! Jeszcze gdyby żądano, żebyś całą godzinę biegał po rozżarzonych węglach... Ale dla takiej drobnostki miałabym na całe ży- zostać szkaradną dziewką?! Niema w tobie za grosz serca! Nie wart jesteś być giermkiem tak wielkiego rycerza!
Wdał się też i książę w tę sprawę.
— Miałem cię zrobić gubernatorem — powiedział — na jednej z wysp moich potrzeba rządcy. Ale co myśleliby poddani o człowieku bezlitośnym i niewdzięcznym, jak ty, gdybym im takiego niegodziwca nadesłał?