Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


le nie zaczarowana — ostrzegał Sanczo — niech pan z niej wysiądzie, bo jeszcze jaka szkoda wyniknie.
— Masz milczeć i spełniać moje rozkazy!
Trzeba było słuchać. Osiełek również, swobodnie puszczony, zaryczał, co tak wzruszyło Sanczę, że zaczął płakać i prosić. Rozgniewany Don Kiszot zagroził mu, że go wrzuci w wodę, jeśli tak się będzie zachowywał, i to uspokoiło giermka.
Czółno z początku ślizgało się łagodnie po powierzchni wody. Kiedy wypłynęło na środek rzeki, bystrzejsza fala je poniosła; niebawem ukazały się młyny pływające. W oczach Don Kiszota były to zamki obronne, w których wzdychała więziona panienka. Z przyjemnością tedy widział, jak łódka mknęła coraz chyżej, niesiona bystrym prądem, wprost na młyny.
Biało ubrani młynarze już zdaleka spostrzegli mały stateczek z dwoma ludźmi, pędzący na zgubę, a widząc, iż wiosła wcale się nie poruszają — bo wioseł, jak wiemy, nie było — że więc ludzie, którzy są w łódce nie mogliby sami ratować się, choćby nawet chcieli, chwycili długie tyki, żeby nie wpuścić łódki pod koła młyńskie.
Don Kiszot wziął ich za duchy w bieli. Podniósł się w łódce, groził i krzyczał.
— Oddajcie wszystkich, których trzymacie