Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nął Don Kiszot. — O gubernatorstwo ci chodzi. Zrobię cię gubernatorem. Ale zrozumiej, iż miłość dla Dulcynei odziała mnie tą zbroją, podtrzymuje moje męstwo i siłę mojego ramienia. Ażebyś poznał tę siłę i na drugi raz lepiej wiedział, jak mówić o Dulcynei, to masz! masz! masz!
I tak dobrze kilka razy zdzielił Sanczę oszczepem, że biedny giermek upadł. Dopiero królewna Mikomikonu wstawiła się, uspokoiła rozsierdzonego Don Kiszota i tak dalej mówiła.
— Przyjechałam do Hiszpanji z mnóstwem dworzan i znacznemi pieniędzmi. Ale na drodze napadli nas rozbójnicy, kilku dworzan mi zabili, innych poranili i porozpędzali, pieniądze, drogie kamienie i inne kosztowności mi zabrali. Później dopiero dowiedziałam się, że to byli kryminaliści, prowadzeni z wyroku sądu do więzienia i w drodze uwolnieni przez jakiegoś rycerza, który był chyba takim samym zbrodniarzem, jak oni, albo warjatem.
— A to mój pan ich uwolnił — zawołał Sanczo.
— Milcz, mówiłem ci! — krzyknął znowu Don Kiszot. — Ci ludzie byli uciskani, a obowiązkiem jest błędnego rycerza bronić uciskanych. Słucham cię dalej, królewno, przepraszając za mojego giermka.