Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mówiąc to, poczciwy giermek zlazł z osła, wyszukał trochę rozmarynowych liści, roztarł je, posolił, nałożył na gałganek i przewiązał ucho rycerzowi, któremu ten opatrunek istotnie przyniósł ulgę.



VII.
PRZYGODA Z PASTERZAMI.


Odjechawszy kawałek dalej, pan i sługa zsiedli ze swoich wierzchowców i puścili je na trawę, a sami posilali się z zawiniątka, które Sanczo zdjął z osła.
Wypadek zrządził, że na tym samym kawałku pastwiska pasł się tabun koni pod okiem kilkunastu pasterzy. Koniom nie podobało się przybycie do nich Rosynanta i zaczęły gryźć go i wierzgać. Pasterze też, aby przywrócić spokojność, odpędzili biednego Rosynanta, bijąc go kijami.
Czujny Don Kiszot zerwał się, żeby ukarać krzywdzicieli swego wierzchowca.
— Niech pan da pokój, bo niewiadomo, jak będzie z tą karą; ich jest ze dwudziestu, a nas dwóch tylko — szepnął trwożliwie Sanczo Pansa.
— Ja sam stu takim poradzę — krzyknął Don Kiszot i rzucił się zajadle na pasterzy.