Przejdź do zawartości

Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 Kiedy nareszcie kareta i towarzyszący jej ludzie udali się w dalszą drogę, Sanczo przemówił.
 — Cóż, wielmożny rycerzu, będzie wyspa? Za taką szczęśliwą przeprawę wartbym ją dostać.
 — Alboż przy takiej sposobności zdobywają się wyspy? To tylko zwykła przygoda w podróży — odpowiedział Don Kiszot.
 — Jeszcze kilka takich zwyczajnych przygód, a wielmożny pan może zostać bez uszów — zauważył giermek.
 Teraz dopiero spostrzegł Don Kiszot, że jego przeciwnik, tnąc go w ramię, pozbawił go kawałka ucha.
 — Znam ja przepis na balsam tak skuteczny, że choćby człowieka na dwie połowy przeciąć, byle te połowy prędko tym balsamem nasmarować i złożyć, zanim krew ostygnie, to się wnet zrosną bez śladu i człowiek będzie zdrów jak ryba.
 — Czy ten, co smaruje?
 — I temu także pomaga.

 — O, mój panie wielmożny, to już ja zrzekam się wyspy, niech pan mnie tylko nauczy robić ten balsam; już z samej sprzedaży będę miał dosyć pieniędzy dla siebie, dla mojej Jagusi i dla dziecisków. Ale panu krew z ucha płynie ciurkiem. Póki balsamu niema, trzeba na to coś poradzić.