Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z zapasami stał się znacznie lżejszym, więc nawet nie przypominał rycerzowi o śniadaniu. Sam tylko łyknął sobie nieźle, żeby mu sił do służby nie zbrakło.
Obaj jeźdźcy skierowali się ku wąwozowi Lapika, gdzie Don Kiszot spodziewał się napewno jakiej przygody rycerskiej.
— Słuchaj — rzecze Don Kiszot — kiedy będę się potykał z rycerzami, ty ani się waż pomagać mi, choćbym był w największem niebezpieczeństwie.
— Dobrze, proszę wielmożnego pana, z największą chęcią, tembardziej, że z urodzenia wcale nie jestem zawadjaką. Ale jeśli mnie kto napadnie, to będę musiał się bronić.
— To ci wolno, a także i wtenczas możesz dobyć oręża, kiedy będziemy musieli walczyć z takiemi samemi ludźmi, jak ty jesteś.
Kiedy tak rozmawiali, na drodze ukazała się gromadka ludzi. Naprzód jechali osobno dwaj nauczyciele w długich, czarnych ubraniach, z parasolami i w okularach ciemnych, chroniących od blasku. Za niemi szła osobno kareta, a koło niej kilku jeźdźców i kilku mulników.
Na ten widok Don Kiszot zawołał:
— Czy widzisz? To są dwaj czarownicy; porwali oni i uwożą piękną księżniczkę. Zaraz wymierzę im sprawiedliwość.
To mówiąc, najeżył włócznię, ubódł Rosy-