Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zamku; naówczas padł na kolana, błagając o pomoc przeciwko swoim prześladowcom. Kazałem mu przebyć wał po drabinie, co téż wykonał. Od owéj chwili miałem towarzysza niedoli, i spodziewałem się przy jego pomocy w mém wątłém czółnie wydostać się z wyspy. W téj chwili przebudziłem się i czémprędzéj obejrzałem wkoło, aby się przekonać czy to był sen, czy jawa. Na nieszczęście byłoto tylko marzenie.
Sen ten jednakże nowe nastręczył mi plany. A gdyby téż się urzeczywistnił: czyż było niepodobieństwem uwolnić jeńca na rzeź przeznaczonego? A więc do dzieła, trzeba tylko pilnie uważać, kiedy dzicy znów wylądują na wyspę, a przygotowawszy broń, zresztą zdać się na wolę Opatrzności. Od tego dnia zatém co rano wybiegałem na strażnicę; śledząc przez perspektywę karaibskich łodzi. Zamiary nowe rozbudziły całą moją zaciętość. Miałem teraz już sprawiedliwy powód do rozpoczęcia kroków nieprzyjacielskich, chęć sprobowania się z dzikiemi nie dawała mi spokojności. Nie lękałem się walczyć chociażby w wielkiéj liczbie przybyli; mając nadzieję, że niezawodnie odniosę zwycięztwo.