Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziesiąta rocznica od wylądowania mego na wyspę, przeszła jak zwykle na poście i modlitwie. Gdym się obejrzał wstecz na upłynione lat dziesięć, gdym pomyślał że już mam lat 33 skończonych, ciężko mi się zrobiło na sercu.
— Mój Boże! — zawołałem, — oto najpiękniejsze me lata zbiegły samotnie! Towarzysze moi otoczeni rodziną, dziatkami, wiodą przyjemne życie w lubéj oczyznie, gdy tymczasem ja nieszczęśliwy żyję tutaj sam jeden, i może już nie ujrzę więcéj rodzinnéj ziemi; ale nie szemrzę bynajmniéj na mój los, a jeżeli Ci się Panie podoba abym tu dni moje zakończył, z poddaniem i pokorą przyjmę Twój wyrok i chwalić będę Imię Twoje.
Czas deszczów przeszedł spokojnie: nie opisuję tu ani zasiewów, ani żniw, albowiem nieraz już o tém gawędziłem szeroko, nadmienię tylko, że wszystkiego zboża miałem podostatkiem i na niczém mi nie zbywało.
Jednej nocy, a było to jak mój kalendarz wskazywał, 24 marca 1670 roku, nie mogłem wcale zasnąć, różne myśli przychodziły mi do głowy, a ludożercy nie mały udział w nich mieli; zmęczony bezsennością i myślami dodopiero nad ranem wpadłem w sen głęboki.
Dziwne marzenie zapełniło ten chwilowy spoczynek. Śniło mi się że wyszedłem na przechadzkę, w stronę gdzie lądowali dzicy... wtém dwa czółna przybiły do brzegu i wysiadło z nich kilkunastu Karaibów, wiodąc kilku nieszczęsnych na pożarcie. Nagle jeden z nich wyskoczył z gromady, i zaczął uciekać ku krzakom za któremi stałem. Wybiegłszy naprzeciw niemu, zaprowadziłem biedaka do