Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Trzebaż było widzieć pana Robinsona, jak przepasany fartuchem z żaglowego płótna, gotował obiad. Na blasze stał garnek, w którym gotował się rosół z koziny, zasypany kluseczkami z białéj jak śnieg mąki, zagniecionéj papuziemi jajami; obok w rondlu kłębował się plumpuding z ryżu z rozynkami w serwecie zawiązany; na patelni smażyła się młoda papuga, a na brytwannie piekł zajączek naszpikowany słoninką.
Niezawodnie ciekawym jesteś czytelniku, gdzie się nauczyłem gotować. Trzeba ci wiedzieć, że w młodości byłem wielkim ciekawcem i wścibskim, lubiłem przesiadywać w kuchni i patrzeć jak gotuje kucharka. Otóż w téj akademii ukończyłem wydział kucharski, a potrzeba i doświadczenie wypromowały mię na doktora téj sztuki.
Czy téż przypadkiem nie marszczysz brwi z gniewu, że dorwawszy się europejskich przysmaków, zbytkuję, zapominając o jutrze? Wraz ci się wytłumaczę, dlaczego dzisiaj wyprawiam taki bankiet.
Jestto dzień 16 września, rocznica urodzin i imienin mojej ukochanéj matki. Pamiętam jak ten dzień w domu obchodziliśmy uroczyście za dni szczęśliwych dziecinnéj swobody. W dniu tym wszyscy trzej ubrani w najpiękniejsze sukienki, z bukietami jesiennych kwiatów w ręku, prowadzeni przez ojca, spieszyliśmy winszować matce; potém modliliśmy się gorąco w kościele za jéj zdrowie. Po obiedzie zwykle wykwintnym, jeżeli pogoda pozwalała, wybieraliśmy się na jaką wycieczkę za miasto. O jakże szczęśliwe byłyto czasy!.. a dziś....
Postanowiłem więc dzień ten przepędzić uroczyście. Rano nie mogąc winszować matce, pobiegłem do mego kościoła,