Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chcąc jeszcze drugą wycieczkę dzisiaj zrobić, nie zanosiłem rzeczy do domu, lecz zostawiłem na brzegu dużym żaglem przykrywszy. Na obiad zjadłem suchar z kawałkiem wędliny, a nie wypoczywając wcale, znowu pożeglowałem ku okrętowi. Czas był dla mnie bardzo kosztownym, gdyż lada wicher mógł statek zatopić.
Popołudniu przybywszy na pokład, zebrałem suknie należące do rozmaitych osób, nie przebierałem w nich wcale, lecz co się znalazło pod ręką, spuszczałem na tratwę. W składzie okrętowym znalazłem duży kręg wosku i beczułkę oleju.
— No, teraz mi już nie zabraknie światła — zawołałem z radością.
Wziąłem także kilka próżnych beczek i pak, bo i te miały wartość dla mnie, zastępując kosze używane dotąd do przechowywania żywności i innych rzeczy.
Wylądowawszy, rozbiłem przy pomocy żagla, sznurów i kołków po nad memi rzeczami namiot, i postanowiłem przepędzić noc na brzegu, aby jutro oszczędzić sobie drogi od jaskini nad morze.
Noc była prześliczna, gwiazdy jaskrawo świeciły, a ja pod namiotem rozciągałem się wygodnie na materacu, mając pod głową poduszkę, a przykryty kołdrą, używałem przyjemności jak jaki monarcha wschodni.
Przebudziwszy się przed wschodem słońca, postanowiłem wpław popłynąć do okrętu, a to dlatego aby zbudować nową tratwę, i tym sposobem mieć więcéj drzewa. Przy zbijaniu pierwszéj nabrałem wprawy, a morze zupełnie spokojne nie przeszkadzało mi wcale do wykonania téj roboty.