Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kie ślady zamieszkalności wyspy, mogłem być pewnym bezpieczeństwa.
Nie było tu co robić dłużéj, obejrzałem się wkoło i po za lasem dostrzegłem wynurzającą się z głębi drzew ostro zakończoną skałę, niezbyt tuż przy zamku leżącą. To będzie moja strażnica, pomyślałem sobie, z niéj z łatwością dostrzegę co się dzieje w tém miejscu. Kierując się za widokiem téj skały w półtory godziny dostałem się do zamku, ale okoliczność ta zamiast ucieszyć, większym mnie jeszcze napełniła strachem, bom się przekonał, że dzicy wylądowali bardzo blisko od mego mieszkania, i tylko wyraźna opieka Boska, ukryła je przed okiem mych nieprzyjaciół. Dręczony różnemi przypuszczeniami, mimo utrudzenia zaledwie usnąć zdołałem.
Drugiego dnia obudziłem się w spokojniejszém nieco usposobieniu. Przyszło mi na myśl, że wyspa tak duża i żyzna, a położona jak mniemałem w bliskości stałego lądu, nie może być nie znaną ludom na nim zamieszkałym. Być może, że w ciągu trzechletniego pobytu mojego na niéj, nieraz już dzicy zapędzeni wiatrem, musieli tutaj wylądować, lecz widać wracali natychmiast do siebie, bo gdyby im się wyspa spodobała, niezawodnie dawnoby już pobudowali na niéj swe chaty.
Słyszałem nie raz od żeglarzy znających te strony, że Karaibowie nie używają żagli, i jedynie łodzie swe kierują wiosłami, dopomagając sobie przypływem i odpływem morza. Widoczna więc, iż zagnani na wyspę falą, nie odważyliby się nawet przenocować na niéj z obawy ażeby nie ominąć przyjaznéj pory odpłynięcia. Jedno mi tylko zagrażać mogło, to