Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


już nie wrócą chwile swobodne dawniejszéj spokojności... nigdy już nie będę szczęśliwy...
Zamiast powrócić do domu, poszedłem raz jeszcze obejrzeć złowieszcze ślady ludzkiéj nogi; myślałem że może przy zapadającym zmroku nie widziałem dobrze, a zresztą zawsze coś ciągnie człowieka, ażeby dokładnie przekonał się o swém nieszczęściu, jak gdyby w męczarni znajdywał jakieś upodobanie.
Miejsce to było dosyć daleko, straciłem cały dzień czasu zanim się tam dostałem, widać że droga od mego mieszkania wprost była daleko krótszą. Słońce już schylało się ku zachodowi, gdy tu zdążyłem. Trzeba więc spostrzeżenia odłożyć na jutro, a tymczasem pomyśleć o noclegu.
Ale gdzie spać, nuż ludożercy nadpłyną i wyśledzą mię tutaj. Przerażony tą myślą wybiegłem na bliski wzgórek ale na morzu nic widać nie było. Uspokojony tém cokolwiek wyszukałem gęste drzewo, i wdrapawszy się bardzo wysoko przywiązany pasem usnąłem.
Natychmiast po przebudzeniu pobiegłem nad brzeg morski wyszukać fatalnego śladu... znalazłem go wkrótce. Był on daleko większy od mojéj stopy, i wyraźnie należał do człowieka, który nigdy obuwia nie miał na nodze, słowem do jakiegoś olbrzymiego Karaiba.
Dreszcz febryczny przebiegł me ciało, nie wiedziałem co począć, bojaźń pozbawiła mię prawie przytomności, a najdziksze myśli przebiegały przez głowę. W pierwszym szale zamyśliłem zburzyć mur otaczający grotę, popsuć całe mieszkanie, rozwalić stajenkę i chatkę na folwarku, poniszczyć ogrodzenia, rozpędzić kozy i spalić zasiew, a to wszystko z obawy aby mię dzicy nie wyśledzili. Zniszczywszy wszel-