Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzie łatwa robota, a tymczasem trzeba było nad nią dobrze się napocić. Najprzód należało ściąć trawę, korzenie jéj powydobywać, ażeby chwast zasiewu nie głuszył, a dopiero potém ryć ziemię. W ten sposób pracując, w dwóch dniach oczyściłem kilkanaście sążni przepysznego czarnego gruntu, zasiałem a raczéj zasadziłem w nim jęczmień, robiąc co trzy cale dołek i kładąc weń ziarnka; poczém zarównałem wszystko przydeptując z lekka.
Że jeszcze spory kawałek ziemi wolnéj pozostał, zasadziłem na niéj kilkanaście flanców melona, w dołkach umyślnie nieco głębiéj dla utrzymania wilgoci i zachrony od wiatru wykopanych. Ukończywszy te roboty, ogrodziłem pólko płotkiem z żerdek bambusowych, powtykanych nakrzyż w ziemię, ażeby zasiewu zające antylskie albo kozy nie zniszczyły.
Nad wieczorem poszedłem ku bliskim skalistym wzgórzom, chcąc obejrzeć znak przed zimą zrobiony, ale inna okoliczność całkiem zajęła mą uwagę. Pomiędzy skałami a wąwozem wiła się drożyna jakby wydeptana. Przyglądając się uważnie téj ścieżce, dostrzegłem liczne ślady kóz; widać więc że tędy przechodziły na sąsiednią dolinę. Widok tych tropów, naprowadził mię na myśl urządzenia pułapki: miałem wprawdzie w domu cztery kozy i kozła, ale w czasie zimowym brak mięsa dotkliwie uczuwać się dawał. Zwierzęta te pierzchliwe, były bardzo trudne do podejścia: nieraz chcąc je ustrzelić, musiałem pełznąć ku nim na brzuchu, kryjąc się za krzakami i to pod wiatr, bo poczuwszy mię węchem z daleka, natychmiast uciekły. O schwyceniu zaś żywcem niepodobna było marzyć. Raz tylko puściłem się za jedną, lecz mimo wysilenia, nie mogłem jéj doścignąć. Dawno już więc