Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nikt nie jest w stanie wypowiedzieć mojéj rozkoszy, kiedym się letniém posilił mlekiem. Od sześciu miesięcy nie miałem go w ustach, nie kosztowałem żadnego innego napoju oprócz zimnéj wody i kokosowego mleka, nie mogącego przecież iść w porównanie z koziém.
Wypiwszy je padłem na kolana, i pierwszy raz dziękowałem Stwórcy za Jego dary.
Mleko wydojone z drugiéj kozy, zostawiłem na noc.
Późno już było gdym się udawał na spoczynek i znowu od przybycia na wyspę pierwszy raz zakończyłem dzień modlitwą.
Z rana wstając czułem się daleko lepiéj, a co najważniejsza, że chociaż w tym dniu według mojéj rachuby febra przypadała, wcale jéj oprócz nic nie znaczących dreszczów nie miałem.
Osłabienie nie pozwalało mi wziąsć się do pracy, nazbierałem tylko trawy dla kóz i wydoiłem obydwie. Młody koziołek ich towarzysz posilony paszą, nabrał dobrego humoru i ubawił mię wesołemi skokami.
Po śniadaniu składającém się z koziego mleka, poszedłem zajrzeć do kalendarza i powyrzynać kreski, czego w czasie choroby zaniedbałem. Słabość napadła mię 9 kwietnia we wtorek. Według mojego wyrachowania, był dzisiaj poniedziałek 15 kwietnia, chorowałem tedy blisko tydzień.
Od czasu mego ozdrowienia, wstając i kładąc się spać modliłem się na kolanach, i postanowiłem uroczyście obchodzić niedzielę, nie przedsiębiorąc żadnéj roboty oprócz dojenia kóz, co koniecznie nawet dla zdrowia moich karmicielek czynić należało. Wieczorem zwykle rozważałem, czym nie zawinił co przed Panem.