Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ciebie; szczery żal i chęć poprawy, którą racz Swoją łaską wesprzeć.
A jako pozwoliłeś mi przebudzić się i powstać z ciężkiéj choroby, niech przebudzi się i powstanie dusza moja z upadku, z choroby grzechu. Niechaj to moje przebudzenie będzie podwójném.
Pokrzepiony tą modlitwą i postanowieniem, zwróciłem się ku domowi. Przyszedłszy pod zagrodę, usłyszałem beczenie kóz, znać bardzo zgłodniałych. O ile mi sił starczyło naścinałem trawy i zaniosłem biednym stworzeniom. Brały ją z rąk moich i jadły z niezmiernym apetytem, a gdym odszedł szły za mną, becząc żałośnie jak gdyby dopominały się strawy.
Napoiłem je z muszli, a robota ta tak mi wyczerpała siły, że ległem jak nieżywy na posłaniu.
Przespawszy parę godzin, doznałem uczucia głodu.
— Mój Boże! — zawołałem głośno — i czémże się nędzny posilę, ani kukurydzy, ani pizangów jeść nie mogę... mięsa nie mam, a choćbym je nawet miał, nie wiem czyby mi przeszło przez gardło.
Wtém przypadkiem rzuciłem wzrok na kozy, których wydęte wymiona świadczyły, że mleko w nich być musi. Mleko? ach sama myśl dostania go napełniła mię niewypowiedzianą rozkoszą. Udałem się znowu za ogrodzenie i nazbierałem trawy. Wróciwszy ułożyłem pęk na kamieniu na łokieć wysokim, a gdy koza zaczęła na dobre jeść trawę, wziąłem się do dojenia. Poczciwe stworzenie nie broniło się wcale. Otrzymałem z półtoréj kwaterki mleka do podstawionej muszli.