Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wytężywszy siły zwlokłem się nareszcie z posłania, ale nogi drżały podemną i nie mogłem kroku postąpić. O wyprzątaniu dalszém ziemi z jaskini ani myśleć. Niezawodnie przemoczenie się podczas burzy zaszkodziło mi. Myśli o chorobie dręczyła mię straszliwie; jeżeli nie ustąpi, któż mię będzie pielęgnować, kto mi poda wody, kto jaki pokarm przyrządzi!
Ku wieczorowi było mi jeszcze lepiéj, a nawet uczułem chęć do jedzenia; a więc to tylko słabość przemijająca, chwałaż Bogu! — zawołałem z radością, — wszystko skończyło się na strachu!
Radość ta jednak nie długo trwała. Wprawdzie na drugi dzień miałem się jeszcze lepiéj i nawet mogłem cokolwiek pracować, ale w nocy powtórzyły się wszystkie poprzednie objawy choroby. Powtórnie wytrzęsło mię zimno, i znowu po niém nastąpiła gorączka. Tym razem było daleko gorzéj, nie przysposobiłem wody, a zdawało się że mię spali pragnienie. Próbowałem wstać i popełznąć do zdroju. Sił zabrakło; rozpacz mię ogarnęła, a okropny ból głowy mieszał me zmysły.
W tém niewymowném cierpieniu, znów mi stanął w oczach obraz rodzicielskiego domu. Przypomniałem sobie jak troskliwie kochana matka pielęgnowała mię w najlżejszéj słabości, z jaką trwogą nad mojém łożem czuwała, i najdrobniejsze życzenia wypełniała z pośpiechem. Jak ojciec zwykle surowy, okazywał się podczas mojéj choroby pełnym tkliwości, a gdym wyrzekł że mi lepiéj, radość rozjaśniała jego twarz szanowną. A teraz nie masz przy mnie nikogo, któż wie czy to nie koniec mojego życia... może nigdy, nigdy ich nie zobaczę!