Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pogoni. Dlatego téż przez trzy dni i trzy nocy nie zatrzymaliśmy się ani na chwilę, czwartego dopiéro dnia, ku wieczorowi, widząc że się kończą zapasy wody, skierowałem ku ujścia niewielkiéj rzeczki, zamierzając poszukać źródła.
Ale zanim wpłynęliśmy na nią, już słońce zaszło i grube zapadły ciemności[1]. Natychmiast przeraźliwe ryki dzikich zwierząt rozległy się dokoła.
— Panie! — zawołał Xury drżąc od strachu, — zaklinam cię na imię proroka, nie wysiadajmy na ląd dopóki słońce nie wejdzie.
— Dobrze, mój chłopcze — odpowiedziałem, — ale lękam się żeby za dnia gorsi od drapieżnych zwierząt, nie napadli nas dzicy murzyni.
— Wszak mamy strzelby — zawołał Xury; — na ich widok czarni pouciekają, a tymczasem lampart, albo lew, nie zna się na kulach, a ma wściekłą odwagę.

Uznałem słuszność téj uwagi i zapuściwszy kotwicę postanowiłem dnia oczekiwać. Noc zeszła dosyć spokojnie, chociaż często ryk dzikich zwierząt sen nasz przerywał. Dopiéro około trzeciéj po północy, jakieś ogromne zwierzę zaryczawszy tuż nad brzegiem, nabawiło nas trwogi. Pochwyciliśmy strzelby, a wtém potwór ów rzuciwszy się w wodę, począł prosto ku nam płynąć. Z sapania potężnego poznać można było że jest silny i straszny. Xury nalegał po cichu, żeby

  1. W krajach podzwrotnikowych, w parę minut po zajściu słońca następują ciemności. Nie bywa tam zmroku, pochodzącego u nas z załamywania się skośniéj padających promieni słońca na wyższych warstwach powietrznych.