Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zaledwie kotwica dosięgła dna, kiedy nagle zawył wicher tak gwałtowny, iż o mało nie zerwał nam wszystkich rejów i nie zgruchotał masztów. Kapitan kazał natychmiast zwinąć żagle co do jednego i zarzucić drugą kotwicę, bojąc się aby lina pierwszéj nie pękła, a wicher nie roztrącił nas o skaliste wybrzeże. Szalony uragan dąc z przerażającą siłą, zginał potężne maszty, które jak giętkie trzciny dotykały prawie szczytami o powierzchnią wody. Czarna opona chmur zajęła całe niebo, sprawiając niemal nocne ciemności; co chwila ogniste węże piorunowe rozdzierały obłoki, jaskrawém, biało–fioletowém światłem oblewając cały widnokrąg, poczém znów robiło się ciemno. Olbrzymie bałwany, niby góry wodne pędząc ku lądowi, z taką wściekłością raz po raz uderzały w okręt, że wszystko trzęsło się, trzeszczało; statek to w tę, to w ową stronę miotany, szarpał się jak brytan na łańcuchu i zdawało się że lada chwila potarga grube kotwiczne liny i popędzi ku brzegom. Żagle, reje, poszarpane, potrzaskane w kawały, odrywały się od masztów; nareszcie przedni zgruchotany uraganem, padł pokrywając siecią lin cały przód okrętu. Kapitan rozkazał zrąbać wszystko i wrzucić w morze; lecz przez upadek tamtego, maszt środkowy straciwszy punkt oparcia, zaczął się chwiać gwałtownie, zagrażając przewróceniem okrętu; trzeba było i ten jak pierwszy zwalić. Niezmordowany kapitan nie szczędził wszelkich usiłowań aby okręt ocalić, lecz na wybladłéj jego twarzy wyraźnie czytać można było, iż nie wiele pozostaje nadziei.
Podówczas siedziałem skurczony przy drzwiach pokładu, trzymając się z całéj siły żelaznego kółka, za które obie założyłem ręce. Przerażony w najwyższym stopniu, drżałem jak liść, nie wiedząc gdzie się schronić, co z sobą począć. Wszyst-