Strona:PL Chrzanowski Ignacy - Biernata z Lublina Ezop.djvu/574

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jaka bywa rozeznać chcących pieprzyk wina,
Gdy nie dosyć na jednym mają skosztowaniu.
Tak się ponury Senat w swym zawiesił zdaniu,
Tak każdy aż ku piersiom spuścił obie uszy,
Mruga oczyma, patrząc, czy kto się nie ruszy
Z odezwą: „Nie pozwalam.“ Bynajmniej: przypada
Cała na to z pragnieniem jednostajnem rada.
Tak Schabowicz, Syropas, Łojowski zgrzybiały,
Tak chce Mąkosz, cne duchy, których ród wspaniały
Szedł od przodków, co w bagnach swą utarczką chytrą
Znieśli żaby, jak Homer grecką, doniósł cytrą.
Zgoda zupełna, jedna chęć wszystkich zagrzéwa,
Nikt się wcale z przeciwnym głosem nie odzywa,
Upatrują więc w licznem i gorliwem gronie
Praw i swobód obrońcy, by tak walczyl o nie.
Alić tu każdy inszą waży dekret szalą,
Nikt go nie chce doświadczyć, choć go wszyscy chwalą.
Każdy się być niegodnym mieni i przysięga,
Że po tak wielki zaszczyt z swej strony nie sięga.
Każdy swoją, jak bywa, znajduje wymówkę,
Ten, że ma gotową beśpieczną kryjówkę,
Której nie tylko żaden kot nigdy nie zgadnie,
Lecz i wietrzyk najmniejszy wewnątrz się nie wkradnie,
Ow, że go nóg zbawiła tyrańska spiekota,
Gdy ślizkim brzegiem lampy krążył koło knota:
„Jakby — rzecze — pokonać dni mi się oprawca,
„Gdy ujrzy pogorzelca, a przytem kulawca?“
Inny, że ma rój dziatek w jamce opuszczony:
„Skryć go muszę, w zbójeckie by nie popadł szpony“.
Trwały sprzeczki w noc późną, Kot łowczy tymczasem
Z wierzchołku dachu poczuł niezgodę z hałasem.
Z lekka się swym obrządkiem pod przydaszek wciska,