Strona:PL Chrzanowski Ignacy - Biernata z Lublina Ezop.djvu/544

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Żeby kędy co ułapił,
Stanął u tegoż strumienia,
Ale daleko wyżej, i rzekł bez sumienia
Do baranka ubogiego,
Który już począł pacierze
Mówić od strachu wielkiego:
„Skąd ci się ta śmiałość bierze,
„Żeś mi tak pomącił wodę?
„Nagródź mi zaraz tę szkodę“.
— „A! Wielmożny mości panie!
„Niech tu, gdzie ja, kto chce, stanie —
Odpowiedział mu baranek —
„To to cale nie zaszkodzi,
„Żeby woda, jak kaganek,
„Jasna u Wmci nie była,
„Bo stamtąd do mnie przychodzi,
„I, jeśli się pomąciła,
„Ja, w tym nie mogę być winnym“.
„To choć nie w tym, to w czym innym —
Rzekła drapieżną bestyja —
„Uraziieś mię na się, tak, że twoja szyja
„Będzie za to odpowiedać:
„Musisz koniecznie pamiętać,
„Jakoś przed rokiem o mnie niecnotliwie gadał,
„Żem we wsi dzieci pozjadał“.
— „Przed rokiem? — rzekł baranek — jeszczesię mną była
„Matka ma nie okociła“.
„To twój brat, jeśli nie ty“.
„Nie miałem żadnego!“
„To pewnie między jagnięty
„Które z pokrewieństwa twego
„Abo sam Owczarz, abo kondlowie też wasi,