Strona:PL Chrzanowski Ignacy - Biernata z Lublina Ezop.djvu/495

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jednakże, z górnego gmachu
Spadając, nabawił strachu
Ten naród, chowany w błocie;
Głupi, pierzchliwy w istocie,
Że się kryje w bagna, bluszcze,
Pod wodą się tając, pluszcze;
Żadna mu nie zajźrzy w oczy,
Jedna drugą do dziur tłoczy,
Bo wszystkim przyszło do głowy,
Że to jakiś olbrzym nowy;
A to była balka stara, —
Żabom się zdała poczwara.
Ta spadając, ciężar onej
Pierwszej zaraz zalęknionej
Wzrok zaślepił; wkrótce potem
Przejźrzała za wstecz nawrotem,
Śmiele z jamy wychodząca
Zbliża się, lecz cała drżąca
Druga, za nią trzecia wyszła,
I tak mnoga kupa przyszła.
Co raz bardziej oswojona,
Skacze na króla ramiona.
Król dobry nic się nie ruszy,
Łaskawy, niemściwej duszy.
Wprędce znowu Jowiszowi
Głowę suszą. Tłum żab mówi:
„Daj nam króla, by się ruchał!“
Monarcha bogów wysłuchał;
Zsyła im króla żórawia,
Który ich biedy nabawia,
Gryzie, płata, bije, dzioba,
Niszczy, jak mu się podoba.