Strona:PL Buffalo Bill -81- Człowiek z blizną.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ta, złożonego w depozyt przez górników.
Pewnego dnia w dolinie zwanej Red Gulch, jeden z wysłanników Fraynea doniósł mu, że najbliższy dyliżans będzie przewoził znaczna ilość złota z kopalni do rancha Dana Thorna.
— Przyślij mi Browdera — rzeki „Człowiek z blizną“. — Będziemy mieli to złoto.
— Thorn sprzedał niedawno jedną ze swych kopalń — rzekł znów agent. — W jego rancho znajduje się teraz dużo pieniędzy.
— Czy jesteś tego pewny?
— Niezupełnie...
— A więc nie mam zamiaru składać mu wizyty.
— Ale... Thorn ma córkę. Wiem, że nie lubisz go, kapitanie. Możeby tak porwać dziewczynę?...
Na twarzy „Człowieka z blizną“ pojawił się wyraz niezwykłej zaciętości. Oczy błysnęły mu jak wilkowi, a blizna na twarzy zaczerwieniła się.
— Więc on ma córkę?... — rzekł w zamyśleniu.
— Tak. Jestem zupełnie pewny. Sprowadził ją niedawno ze Wschodu.
— Sprowadź tu natychmiast Bowdera! Niech będzie w jaskini, tam gdzie zwykle! Szybko!
Szpieg dosiadł konia i oddalił się galopem, a na twarzy Fraynea pojawił się złowrogi uśmiech.
— Godzina zemsty wybiła... — syknął przez zaciśnięte zęby. — Dan Thorn będzie się miał z pyszna!...

Niespodziewana pomoc

Gdy Daniel Thorn ujrzał, że bandyci rzucili się na jego córkę, z ust jego wydarł się okrzyk rozpaczy. Począł się straszliwie szamotać ale więzy były mocne i wpiły się tylko mocniej w ciało.
Sadie wydzierała się ze wszystkich sił, ale bandyci obezwładnili ją szybko i po chwili dziewczyna była związana. Nie traciła jednak odwagi.
— Cierpliwości, ojcze! — zawołała. — Jeszcze wydostaniemy się z ich rąk!...
Ike Bowder popchnął nieszczęśliwa dziewczynę naprzód i zawołał groźnie:
— Nie gadać teraz! Naprzód!
— Jak śmiesz!...
— Nie złość się tak, dzierlatko! — z sanał się grubo bandyta. — Nie wyrządzimy ci żadnej krzywdy. Chcemy tylko dostać za ciebie kilka tysiączków...
Daniel Thorn leżał bezwładnie na ziemi i oddychał ciężko. Ike zbliżył się i pochylił się nad nim.
— Co powiesz, stary? — zapytał.
— Kto jest waszym <szefem? — zapytał ranchero.
— Dowiesz się wkrótce.
W pokoju zebrali się wszyscy bandyci. Ludzie, którzy obezwładnili Thorna, trzymali się nieco na uboczu, jakby nie chcieli zmieszać się z bandą Browdera. Ten zwrócił się do jednego z nich:
— Co teraz mamy zrobić?
— Zawieziecie dziewczynę do Red Gulch
— A wy?
— Zostaniemy tu do przybycia kapitana.
— Czy macie na myśli „Człowieka z blizną“?
— Tak.
— Co możecie na tym zarobić?
— Wszystko, co do niego należy... — odburknął łotr, wskazując na Thorna.
— To jest trochę ryzykowne.
— Możesz polegać na naszym kapitanie. A teraz jedźcie!
— Z dziewczyną?
— Ile razy mam powtarzać! Znacie przecież drogę.
— Oczywiście.
— Do jutra musicie być w Red Gulch.
— Niech i tak będzie. Powodzenia!
W kilka minut później Dan Thorn usłyszał przed domem tętent kopyt i zrozumiał, że jego córka została uprowadzona przez bandytów. Dzielny człowiek zagryzł wargi do krwi, aby powstrzymać okrzyk rozpaczy. Trzej bandyci, którzy pozostali przy nim, nie zwracali na niego najmniejszej uwagi.
Po chwili jeden z nich zwrócił się do Thorna:
— Hej, stary! Mamy rozkaz, aby nie czynić ci nic złego. Czekamy na naszego kapitana. Teraz jesteśmy głodni jak wilki...
— Zdejmijcie mi więzy.
— Nie. To zupełnie niemożliwe. Mógłbyś przecież uciec. Znamy cię dobrze...
— Znacie mnie więc?
— Doskonale!
— Skąd?
— Kapitan nie przestaje o tobie gadać.
— Kto jest waszym kapitanem?
— Nazywają go „Człowiekiem z blizną“.
Dan Thorn zadrżał. Zrozumiał wszystko. Wiedział, że Frank Frayne jest jego zaciętym wrogiem i zaprzysiągł mu zemstę. A teraz Sadie dostała się w ręce tego potwora!...
Bandyci przeszukali tymczasem cały dom, wywlekli z różnych zakamarków przerażoną służbę i kazali sobie dać jeść. Thorn zrozumiał, że nie ma na razie żadnych szans i spokojnym głosem polecił służącym udzielenia bandytom nieco pożywienia.
Ludzie Fraynea jedli na zmianę. Jeden z nich czuwał zawsze przy jeńcu. Gdy wszyscy się najedli, jeden z nich wyszedł przed dom, aby nakarmić i napoić konie, a potem spokojnie wrócił do domu.
Minęły dwie godziny w zupełnym spokoju. Thorn cierpiał bardzo, gdyż więzy wpijały mu się w skórę, ale stary ranchero nie wydał ani jednego westchnienia. Nie myślał zresztą o swym cierpieniu, gdyż umysł jego zaprzątała obawa o los córki.
Nagle przed domem rozległ się dźwięk rożka. Bandyci zerwali się natychmiast na równe nogi, a jeden z nich odpowiedział na sygnał. Na dziedzińcu zagrzmiały kopyta końskie i po chwili jakiś człowiek wszedł do izby.
Thorn podniósł nieco głowę i ujrzał stojącego w drzwiach „Człowieka z blizną“ — przywódcę bandytów. Poznał w nim od razu swego wroga.
Frayne przeszedł wolnym krokiem cały pokój i zatrzymał się przed leżącym Thornem.
— A więc, spotkaliśmy się znów! — rzeki drwiąco. — Musisz przyznać, że tym razem przewaga jest po mojej stronie.
Thorn nie odpowiedział ani słowem Rozwścieczony bandyta kopnął go brutalnie i zawołał:
— Co ty na to? Gadaj, psie!
— Co zamierzasz uczynić z moją córką? — zapytał spokojnie ranchero.
— Ho, ho! Chcę zawrzeć z tobą wieczystą przyjaźń i dlatego mam zamiar poślubić miss Sadie — rzekł cynicznie bandyta, na którego potwornie okaleczonej twarzy pojawił się straszliwy uśmiech.