Strona:PL Buffalo Bill -81- Człowiek z blizną.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Thorn zaciął usta. Wiedział, że jest bezsilny i opanował rozpacz i wściekłość. Bandyta przypatrywał mu się z uśmiechem, z zadowoleniem obserwując zmienioną twarz swego wroga. Thorn przymknął oczy i pogrążył się w modlitwie Wiedział, że nie może spodziewać się litości ze strony okrutnego zbira i przygotowywał się ze spokojem na śmierć.
Nagle przed domem rozległ się znów tętent. Bandyci zerwali się na równe nogi i porwali za broń. „Człowiek z blizną“ przyłożył Thornowi lufę rewolweru do piersi i zapytał szeptem:
— Kto nadjeżdża? Gadaj!
— Nie wiem. Nie spodziewam się żadnej pomocy.
Ale serce ranchera zabiło mocniej. Był pewny, że przed domem zatrzymał się przyjaciel. Ktoś zapukał energicznie do drzwi.
— Proszę! — zawołał Thorn, który na szczęście nie miał zakneblowanych ust.
Bandyci skierowali lufy swych rewolwerów w stronę drzwi i czekali na pojawienie się przybysza. Ten ukazał się po chwili w uchylonych drzwiach. Był to młodzieniec wysokiego wzrostu, szczupły i zgrabny, którego jasne włosy opadały na czoło. Na widok czterech drabów, mierzących do niego z rewolwerów, młodzieniec zatrzymał się i zapytał:
— Co to znaczy?...
— Uciekaj, Ned! — zawołał Thorn.
Młodzieniec natychmiast zorientował się w sytuacji i jednym skokiem znalazł się za drzwiami, a w chwilę potem drzwi zostały podziurawione kulami bandytów. Zanim jednak ludzie Fraynea zdołali cośkolwiek przedsięwziąć, przed domem rozległ się grzmiący okrzyk:
— Otoczyć dom, chłopcy! Nie pozwólcie nikomu uciec!... Trzymać tych łotrów!...
Zaledwie przebrzmiały te słowa, gdy dokoła domu rozpoczęła się strzelanina.
— Zmykać! — zakomenderował „Człowiek z blizną“. — Do Red Gulch...
Bandyci rzucili się do drzwi, ale zanim zdołali wypaść przed dom, rozległy się strzały. Dwóch łotrów wydało przeraźliwe wrzaski bólu — widocznie zostali trafieni kulami. Frayne rzucił się w stronę okna, a za nim pobiegli jego towarzysze, jęcząc i wrzeszcząc z bólu.
— Ale twoja córka jest w mojej mocy... — rzucił Frayne na pożegnanie.
Po chwili bandyci wyskoczyli przez okno i pochłonęły ich ciemności nocne. Przed domem dał się znów słyszeć okrzyk młodzieńca, tętent kopyt i kilka strzałów, a potem wszystko ucichło.

Ike Browder pokazuje zęby

Ike Browder i jego ludzie znali doskonale wszystkie drogi i ścieżki w Czarnych Górach i nie obawiali się podróży w nocy. Po opuszczeniu rancha Thorna bandyci posuwali się wraz ze swą branką wśród zupełnego milczenia.
Ike, który posuwał się przodem, trzymał w ręku uzdę konia, do którego przywiązana była dziewczyna. Sadie miała ręce związane z tyłu i choć jeździła doskonale konno, podróż w tych warunkach męczyła ją bardzo. Ale dzielna dziewczyna nie skarżyła się. Nie chciała błagać bandytów o litość.
Bandyci przebyli tylko mały odcinek drogi i niebawem skręcili w boczne ścieżki i przejścia wśród gór. Oddział posuwał się bardzo powoli, gdyż droga była nad wyraz ciężka i długa, tak że należało oszczędzać konie. Droga wiodła wzdłuż łańcuchów górskich, dolin i wąwozów, obramowanych stromymi ścianami skalnymi.
Noc była jasna i gwiezdna, a niebawem ukazał się na niebie również księżyc. Gdy tylko bandyci spostrzegli wyłaniający się zza horyzontu księżyc, poczęli szeptać między sobą i dawać sobie jakieś znaki.
— Patrz! — rzekł nieswoim głosem Red Jim, zwracając się do Ike Browdera.
— Patrzę, no i co? — zapytał Ike.
— Spójrz na księżyc, Ike! Wydaje mi się, że nie będziemy mieli tej nocy szczęścia...
Księżyc otoczony był t. zw. „lisim ogonem“ i fakt ten napawał bandytów zabobonnym przerażeniem. Byli oni straszliwie przesądni i choć życie ich składało się z samych niemal przestępstw, choć wszyscy byli odważni i nie obawiali się grożącej im wciąż szubienicy, to jednak odczuwali paniczny strach przed rozmaitymi „złymi znakami“, które rzekomo przynosiły nieszczęście.
Browder był mniej zabobonny od swych towarzyszy. Z niepokojem zauważył, że w miarę jak księżyc coraz wyżej wstępuje na niebo, bandyci stają się coraz bardziej niespokojni. Gdy oddział znajdował się nad brzegiem wartkiego potoku, który spływał do Red Gulch, Bowder kazał wszystkim zatrzymać się. Tu należało rozbić obóz.
Bandyci zeskoczyli z koni i niebawem na ziemi zapłonęło małe ognisko. Jeden z bandytów pilnował nieustannie dziewczyny, a reszta zajęła się przyrządzaniem wieczerzy. Bowder podsunął Sadie kęs mięsa, ale dziewczyna nie chciała jeść.
Członkowie bandy wciąż rozmawiali szeptem między sobą, kryjąc się z tym najwidoczniej przed Bowderem, który patrzył na nich spodełba i bardzo groźnie. Wreszcie Ike zniecierpliwił się. Podszedł do Red Jima i trzech innych bandytów, którzy trzymali się nieco na uboczu, gadając bez przerwy, i rzekł cicho, ale groźnie:
— Co tam znów planujecie, dranie? Gadać natychmiast!...
— Chcemy dać spokój temu wszystkiemu — rzekł twardo Jim. — Nie podoba się nam ta cała sprawa.
— Nie udawajcie wariatów, chłopcy... — rzekł Ike, tym razem nieco łagodniej. — Wszystko jest już przecież skończone i cała nasza praca będzie teraz polegała na tym, że każdy z nas zainkasuje swoją część pieniędzy. Będzie tego dwdzieścia tysięcy...
— A czy pytałeś szefa o pieniądze? — zapytał Jim. — Czy rozmawiałeś z nim w ogóle na ten temat...
— Oczywiście, że nie...
— A trzeba było z nim pogadać!
— Dlaczego? O co ci chodzi Jim?
Wdiziałeś księżyc? To wróży nieszczęście!... Powiadam ci jeszcze raz, że uczynimy najlepiej, jeśli zostawimy to wszystko w spokoju, dopóki jeszcze żyjemy...
— Co ty wygadujesz, Jim! — rzekł Ike. — Gadasz, jak stara baba.
— Nie lubię takiej roboty i to wszystko. Nie podoba mi się ta sprawa z porwaniem od samego początku. Jestem pewny, że nie zobaczymy ani złamanego centa.