Strona:PL Buława Ernest - Krople czary.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wznieś się ptakiem nad miasto, spójrz pod wszystkie dachy,
Wszystkie kółka i warstwy i domki i gmachy,
Nieraz gorzki Ci uśmiech przez usta przeleci,
Nieraz czarne wrażenie myśl skopci, oszpeci,
I wyda Ci się Wielkiej Warszawy – szkieletem –
Z świątyni Bożej, Turka nieraz, minaretem,
Ale niech jedna iskra padnie w te ciemności,
Ta jedna Ci rozjaśni horyzont przyszłości,
A ten ogień zapału (który strawi Cary)
Da ci znak, że w jej łonie śpią wielkie pożary
Co zapłoną jak wulkan, pochodnią ofiary . . .
Ulice długie, świetne i ludem wezbrane
Płyną smutno, jak groby, świeżo pobielane,
Gdyby nie bruk, którego każdy kamień prawie
Jest ołtarzem ofiary, co krwawo i łzawie
Odprawiła się nieraz męczarń podrzutami
Wrzała walka, nadzieją, chwały promieniami! . . .
Noc była – księżyc leciał pomiędzy chmurami –
Stałem sam – dnia całego znużon wrażeniami,
O Kopernika posąg oparty, słuchałem
Gwaru miasta, co cichnął jak morze. – Patrzałem
Na popiersie Staszyca, co groźnem obliczem
Zdało się mówić: byłem czemś – a jestem – niczem!
I w myśli szczeblowałem towarzyskie koła
Kolejno – jak je tworzy stolica wesoła,
To co arystokracyą mieni się z niechcenia,
Jest parodyą arystokracyi, cieniem cienia,
Nie ma samodzielności, nawet salonowej
Bo dziegieć cię zaleci na sali balowej,
Jest jak dywan z odwrotnej położony strony,
Amalgamat Francuzki z Angielska sklecony,
Piękne, strojne kobiety, czy w balowych strojach,
Gdy na Paszkiewiczoskich „brylują” pokojach,
Czy w wietrznych amazonkach, w ustach z cygarami,
Czy nawet, gdy się mienią być literatkami –
We wszystkiem są kopiami, bez typu własnego,
Zwykle na Warszawiance, (choćby najlepszego