Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szedł się parę razy po pokoju. Widocznie toczył ze sobą jakąś walkę...
Po chwili wybiegł z mieszkania bez czapki i dopędziwszy obu Lachowiczów, szepnął do Ludwika:
— Przebaczysz mi kiedy?...
Przeciwnicy uścisnęli się pierwszy raz w życiu serdecznie.
Gdy Sielski wrócił do mieszkania, zastał literata nad katalogiem.
— Panie! — zawołał Roman. — Ależ ten stary jest skończonym warjatem i gotów jutra nie doczekać...
— Tak... on jest bardzo wynędzniały — odparł Sielski.
W kilka tygodni potem ojciec Lachowicza umarł, a w parę dni później Ludwik rzekł do siostry:
— Zosiu! ojciec już nie żyje...
Zosia rozpłakała się i upadła bratu na szyję, mówiąc:
— Tyś moim ojcem i matką!...
Oboje byli na pogrzebie, po którym Ludwik opowiedział siostrze historją ostatnich lat, nie wspominając jednak o stosunkach z Sielskim i katastrofie, która poprzedziła śmierć starca. Nie chciał on kalać opisem występków dziewiczej duszy, ani obciążać hańbą pamięci ojca w oczach córki.
Dla uzupełnienia obrazu, jako ciekawą ilustracją charakteru narwanego, lecz uczciwego literata, przytoczymy list napisany przez niego do Lachowicza:

Szanowny Panie!
Uważam za właściwe donieść Panu, że przy wiadomej Mu rozmowie w mieszkaniu S. nie byłem, nic nie słyszałem i nic nie pamiętam. Sądzę zatem, że zarówno mnie jak i Jerzemu zrobisz pan prawdziwą przysługę, wygładzając (o ile to jest możliwem) z pamięci swej smutne fakta, po których najmniejszy ślad nawet zostaćby nie powinien.
Szczery przyjaciel
Roman.