Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zom, między któremi był portret mężczyzny w mundurze intendenckim.
— Bogata bo bogata — myślała. — To on był baronem... Ale czego ona chce od dzieci?... Kto ją o nich zawiadomił?... Ha! widać miłosierna kobieta...
Wtem cicho otworzyły się drzwi, i do salonu weszła właścicielka pałacu. Mogła mieć około lat czterdziestu, była dobrego wzrostu, śniada, z czarnemi, bardzo żywemi oczyma. Rysy jej grube i namiętne zachowały jednak i dziś ślady piękności.
— Żydówka?... — przemknęło przez głowę cioci Andzi. Podniosła się jednak szybko z kanapy i złożyła wchodzącej głęboki ukłon.
Baronowa serdecznie ścisnęła ją za rękę.
— Pani jest ciotką Anielci i Józia? — spytała.
— Tak — odparła przybyła.
— Siądźmy, proszę... Pani jest bliską krewną biednej?...
Ciocia Andzia nagle posmutniała.
— Podobno w ostatnich czasach — mówiła baronowa — ona mieszkała w domu pani... Tam także...
Biedne dzieci...
— Właśnie chcę pani podziękować za jej zacną opiekę...
— O! to był mój obowiązek — przerwała baronowa prędko.
— Przyjechałam też, aby dzieci zabrać... Bo ja w tych dniach — mówiła ciotka z odcieniem zakłopotania — otrzymałam miejsce u jednego zacnego kanonika...
Baronowa poruszyła się na kanapie.
— Ale że to człowiek dostatni i bardzo dobry, więc pozwolił mi sprowadzić dzieci do siebie. Wypłacił mi nawet pensją za kwartał, aby im kupić co potrzeba...
— Nie wydaje mi się to miejsce stosownem dla dzieci, nawet tymczasowo — rzekła baronowa.
— Przysięgłam Meci, że ich, biedaków, nie opuszczę —