Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Turkot ucichnął.
— To do nas przyjechali! — pomyślała karbowa. — Lecz kto przyjechał? — odgadnąć nie mogła.
W tym samym czasie pani Wichrzycka, wracająca z oficyny do pałacu, zobaczyła przed bramą wielką bryczkę, konie spasione jak gałki, a na koźle woźnicę, ubranego po chłopsku, lecz wygolonego po księżowsku. Z bryczki tej wysiadła jakaś jejmość i bardzo rezolutnie szła ku dzwiom pałacu.
Była to ciocia Andzia, która poznawszy w Wichrzyckiej osobę swojej kondycji, zwróciła się przedewszystkiem do niej z rekomendacją i pytaniami.
— Jestem Anna Stokowska — mówiła prędko. — Dowiedziałam się, że tu są dzieci pana Jana: Anielka i Józio. To moi siostrzeńcy...
— A!... — szepnęła pani Wichrzycka, robiąc dyg z pochyleniem głowy nabok.
— Właśnie jechałam na folwark, aby dzieci przewieźć do siebie, ale spotkałam w drodze tamtejszego karbowego, który mi powiedział, że one są tutaj. Niech sobie pani wyobrazi, że człowiek ten z całym dobytkiem folwarcznym jedzie do państwa.
— Wiem... jego żona pilnuje chorą Anielcię — przerwała Wichrzycka — bardzo ordynaryjna kobieta, którą, gdyby nie opór pani baronowej...
— Baronowa? — pomyślała ciotka, a potem rzekła głośno:
— Chciałabym widzieć się z panią baronową. Podziękuję jej za opiekę nad dziećmi i zabiorę do siebie.
Pani Wichrzycka pokręciła trochę głową, ale nie odpowiedziała nic. Wprowadziła ciotkę do pokoju, sama zaś poszła uprzedzić baronowę o zamiarach przyjezdnej.
Ciotka Andzia usiadła na aksamitnej kanapie i usiłowała zabić czas, przypatrując się cackom na stolikach, albo obra-