Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jęcia jak małe dziecko i ułożyła ją w rogu siedzenia, sama zajmując miejsce na przodzie. Obok Anielki usiadła dama, a Józio już był na koźle.
Powóz ruszył noga za nogą.
— Bądź zdrów, mój człowieku! — rzekła pani do karbowego, który wyglądał jak skazaniec.
Karbowa nie pożegnała się nawet z mężem. On w ciężkim kłopocie zapomniał o tej formalności, ona zaś myślała o tem tylko — że jedzie czterokonną karetą. Zhardziała kobiecina na dobre, i choćby jej mąż kazał wracać do domu, choćby ją miał zbić za powrotem, nie porzuciłaby już swego siedzenia.
Ale chłopu nie przyszło do głowy sprzeciwiać się rozkazom jaśnie pani, choć okrutnie bolało go serce. Szedł więc biedak o kilkanaście kroków za powozem, patrzył w żonę jak w tęczę i na migi pokazywał jej, że bardzo cierpi. Rozkładał i załamywał ręce, ściskał pięści, a wkońcu zaczął targać długie włosy.
— O! daj mi ta spokój... — wybuchnęła zniecierpliwiona kobieta.
— Co to znaczy?... — spytała ją pani, zdziwiona niespodzianym wykrzyknikiem.
— Abo idzie za karytą, jak ciele za krową, i drze się za łeb... Głupi, czy co?...
Pani, odwróciwszy się do karbowego, zobaczyła jakąś cząstkę jego pantomin.
— No, mój człowieku — rzekła — jeżeli masz tak rozpaczać po żonie, to już lepiej, nie czekając na nią, przyjdź sam do Wólki...
— A kiej przyjść, jaśnie pani?... — spytał.
— Kiedy zechcesz.
Pozwolenie to tak dalece uspokoiło chłopa, że tylko pogroził żonie pięścią i zawrócił do chaty. Teraz karbowa mogła już bez przeszkody służyć chorej.