Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


będziecie odtąd nosili na guzikach prawdziwy herb, nie jakiegoś tam lwa z pochodnią. To błazeństwo!...
— O!... — wtrącił stangret.
— Ba!... — zakończył pan Krzysztof.
— No, ale dowidzenia! Jadę urządzić dom na przyjęcie dzieci i rozesłać ludzi po doktorów.
To mówiąc, dotknął dwoma palcami brzegu okrągłego kapelusza.
— Adiu! — rzekł stangret, z szacunkiem kłaniając się starszemu koledze.
Pan Krzysztof pełnym godności krokiem zbliżył się pod chatę, począł powoli naciągać zdjęte przed chwilą rękawiczki i krzyknął na furmana z bryczką:
— Dawaj!...
Bryczka zajechała z wielkim trajkotem.
— Rwij! choćby konie miały paść, a przez groblę ostrożnie.
— A jak naprawdę padną? — spytał frant furman.
— Kiedy ja mówię, że mogą szkapy paść, to już muszę w tem mieć swoje powody — odparł pan Krzysztof dumnie.
Trzymając nogę na stopniu, zapiął rękawiczkę, potem ugiął paltota, siadł, poprawił się i głęboko odetchnął.
Stojący przed oborą karbowy, zdjął oberwany kapelusz.
— Szczęśliwej drogi wielmożnemu panu! — odezwał się.
Podobało się to Krzysztofowi. Rzekł przyjacielsko: A! — sięgnął do kieszeni i rzucając chłopu złotówkę, mówił:
— Dobrze pilnowałeś dzieci, mój przyjacielu, jesteśmy ci za to wdzięczni. Pilnuj równie dobrze gospodarstwa, postaramy się, ażebyś był wynagrodzony.
Poszoł!...
Bryczka ruszyła, zostawiając chłopa, zgiętego we dwoje.
— A to ci państwo!... — mruczał karbowy, którego pierwszy raz w życiu spotkał tak hojny datek.