Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Karbowa! chodźcie-no tu — wołał Józio. — Zobaczcie, co Anielci jest...
Anielcia uczuła, że ją ktoś łagodnie unosi na rękach, szepcząc:
— Panienko!... paniunciu!...
Otworzyła oczy.
Izba odrapana. Przez otwarte drzwi widać sień i kawałek podwórka. Przez małe okienko zagląda wesoło słońce i rzuca złoty blask na czarne klepisko.
Teraz Anielcia poznała karbowę, a za nią — przestraszonego Józia. Przypomniała sobie, że jest na folwarku i że niedawno widziała się z ciotką.
— Czy tu była ciocia?
— Była wczoraj — odpowiedziała karbowa.
— A która godzina?
— Rano jeszcze, niech panienka śpi...
— Co tobie, Anielciu? — pytał Józio.
— Mnie?... Nic... Albo ja wiem!... — odparła z uśmiechem.
Potem dodała:
— Przecież śniegu niema na dworze?...
— Dlaczego ty tak mówisz?... Co ty mówisz, Anielciu?...— wołał zatrwożony Józio.
— Gorączkę ma panienka — rzekła karbowa.
Pali paniuncię we środku?...
— Pali.
— I trzęsie.
— Trzęsie.
— Pić się paniunci chce?...
— O, pić!... pić!... dajcie pić!... Prawda, zapomniałam, że mi się pić chce... — odparła Anielka.
Józio wybiegł do sieni i przyniósł garnuszek wody. Anielka zaczęła ją pić chciwie, lecz wnet odtrąciła z obrzydzeniem.
— Gorzka woda! — szepnęła.