Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Od tego dnia polubiła bardzo Zająca i z tęsknem uczuciem patrzyła na bagna, które tak pokochały jego dzieci, że aż do nich z nieba wracają.
Natomiast pani nabrała jeszcze większego wstrętu do tej okolicy, która sama straszna, była jeszcze siedliskiem jakichś widziadeł.
Wprawdzie mówiła dzieciom:
— Co wy słuchacie Zająca?... on wam brednie plecie. Duchy nie chodzą po ziemi. To były błędne ognie, albo świętojańskie robaczki...
Ale sama bała się i za żadne skarby nie wyszłaby w nocy z izby.
W taki sposób dnie im upływały. Józio coraz śmielej jadał czarny chleb, groch i ziemniaki, często bez okrasy, i coraz dalej wybiegał na folwark. Pewnego dnia przejechał się nawet na zbiedzonym koniku. Ale matka była słabsza niż w domu, a Anielka miewała gorączkę, dreszcze i czuła upadek sił.
Zając pilnie przypatrywał się im obu i kiwał głową.
— Musi to dziedzic nieporządnie robi, że tak opuścił?... — spytała go raz karbowa.
— Aa! — odparł karbowy, machając ręką. — Albo on kiedy zrobił co porządnie? Znam go przecie dwanaście lat!...
A potem dodał:
I ten folwark byłby inakszy, żeby tu choć ze dwa rowy wykopać. Ludzieby na nim nie chorowali.
Po upływie dwu tygodni przyjechał znowu Szmul. Przywiózł od proboszcza drób w kojcu, sery i masło, chleba i bułek z miasta i dwa listy:
Jeden był od pana Jana. Żona otworzyła go najpierwej i czytała:
Kochana Meciu!
Ciężki krzyż zesłał na nas Pan Bóg i pozostaje tylko dźwigać go mężnie. Szalony upór chłopów...