Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i jakie głosy wydają rzeczy martwe, gdy się z niemi żegnamy na zawsze.
Turkot powozika otrzeźwił pana Jana. Dziedzic schwycił walizkę z papierami i wyszedł machinalnie, nie patrząc za siebie.
Na ganku spotkał Anielkę.
— Tatko wyjeżdża?...
— Na kil... na kilkanaście godzin — rzekł, całując ją.
Usta dziecka były chłodne.
Siadł do powozu. Zdawało mu się, że za chwilę runie dom i pozostałych w nim zagrzebie.
— Jedź!...
— Do widzenia, tatku!
— Andrzej... jedź!...
Konie ruszyły, aż dziedzic uderzył głową o tył powozu. Dwór znikł. Już mijają budynki. Już są w alejach. Oto jego pola, chude i nieobsiane. Znowu ogród, dach dworu i okno na facjatce, w którem stoi teraz Anielka...
Już wszystko minęli. Pan Jan odetchnął.
— Mój kochany — rzekł do furmana — zdzieraj lepiej cugle, ażeby konie tak łbów nie zwieszały. Wyglądają jak fornalskie!...
Potem zapalił cygaro i — uczuł się zupełnie zadowolonym. Żona, Anielka i duchy domowe zostały tam... tam już daleko. O!... tylko nie odwracajmy głowy w ich stronę...
Przechodnie kłaniali mu się. Przed chatą, obok drogi stojącą, jakaś matka bawiła drobnego syna. Ujrzawszy powóz, posadziła dziecko na kolanie jak na koniku i przytupując, mówiła:
— Jak pan jedzie, po obiedzie, sługa za nim ze śniadaniem... Tak chłop! tak chłop!
Na widok zabawy rodzinnej pan Jan uśmiechnął się szczerze, z głębi piersi. Nad nim świeciło słońce i trzepotał się skowronek; wkoło pola dyszały życiem. Tylko tam daleko, za