Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I spojrzała w błotnistą sadzawkę, do której z wielkim hałasem wskakiwały spłoszone żaby.
— Co się z panią dzieje, panno Walentyno?... Ja pani nie rozumiem... — spytał bardzo zdziwiony.
Panna Walentyna przeczuła w pytaniu tem swój triumf, który wydał jej się zbyt prędkim i mało kosztownym. Krew zaszumiała jej w głowie, była natchnioną i poczęła mówić, jakby przypuszczając, że słucha ją ukryty za wierzbą Saturnin.
— Pan śmiesz pytać: co mi jest?... Pan nie rozumiesz?... Nie rozumiesz tego, co dla kobiety uczciwej znaczy jej honor? Nie rozumiesz mnie po tylu dowodach wstrętu, jaki okazywałam panu?...
— Ależ pani... zastanów się...
— Zastanawiałam się! — przerwała mu z wybuchem. — Pan sądzisz, że spełnienie obowiązku nawet dla takich dusz, jak moja, przychodzi bez walki?... O, mylisz się!... mówię to panu tem śmielej, że walka zahartowała moje siły. Rozum i poczucie powinności stłumiły głos krwi i nerwów, tak, jak w panu...
— Panno Walentyno, pani się mylisz!...
— Co do pańskich zamiarów?... O, nie...
— Ależ ja chcę...
— Nic mnie nie obchodzą pańskie chęci! Jestem kobietą wolną, która ceni swój...
— Pozwólże mi pani przyjść do słowa... Błagam panią...
— Znam i ten podstęp! Używacie go zawsze tam, gdzie was mija łatwe zwycięstwo...
— Co pani myślisz, u licha?...
— Myślę, że przyszedłeś pan do mnie z niegodziwemi propozycjami, które wygnały stąd biedną Zofją...
— Ależ, moja pani! — przerwał już zniecierpliwiony — Zofja, której los tak cię wzburzył, była przedewszystkiem młodszą...