Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Anielka dygnęła, patrząc zdziwiona to na ojca, to na ciotkę, na której ruchliwej twarzy zarysowało się pomieszanie i zmartwienie.
— Widzę ja — rzekła ciotka — żem zrobiła państwu kłopot. Ale Bóg świadek, nie z mojej winy. Przyjechałam do miasteczka, dowiedziawszy się, że księdzu dziekanowi gospodyni umarła. Ja o tem tylko marzę, od czasu, jak straciłam majątek, żeby choć na stare lata nie ślipiać nad igłą. U jakiego poczciwego księdza (a dziekan podobno jest bardzo uczciwy) miałabym i wygody, i powietrze świeże, i pracę lekką. Kiedy usłyszałam, że jest miejsce (ale może ja państwa nudzę?...), wyprzedałam się z maszyny, z żelazka do prasowania i przyjechałam.
Już w ganku na probostwie wydałam ostatni grosz Żydowi, który mnie przywiózł. Pytam służącej: „Jest ksiądz dziekan?“ — Ona mówi: „Jest“ — i pokazuje na siwego staruszka. Ja go cmok w rękę: „Dobrodzieju — mówię — weź mnie za gospodynią! Ja pochodzę z porządnej rodziny, pracować będę, nadużycia nie zrobię.“ — „Ach! moja imość — mówi ksiądz dziekan — wziąłbym cię, bo mi wyglądasz na dobrą kobietę. Ale nie mogę, bom już tydzień temu dał słowo kapłańskie jednej tu klucznicy, która upadła mi do nóg i mówiła, że jeżeli nie przyjmę jej, to zginie z głodu...“
— Kiwalska! nasza klucznica — szepnęła pani.
— Łotr baba!... — mruknął dziedzic.
Oczy ciotki zajaśniały radością.
— A moi braterstwo kochani — zawołała — jeżeli klucznica od was odchodzi, to ja zostanę na jej miejscu. Będę wam służyła wiernie, nie jak krewna, ale jak pies, byle kąt i łyżkę strawy zapracować... Bo pocóż ja do miasta wrócę, nieszczęśliwa?... Ani ja mieszkania, ani maszyny, ani żelazka, no, słowem nic...
I złożyła ręce błagalnie, patrząc na dziedzica, który odparł cierpko: