Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziesięć tysięcy rubli i włożę w meljorację dóbr. Urodzaje wówczas poprawią się, długi spłacimy, a tymczasem sprzedamy drugą część lasu i wyjedziemy zagranicę. Tam odżyjesz, będziesz znowu bawić się i błyszczeć jak niegdyś...
— Vain espoir! — szepnęła pani. — Zawsze mi to powtarzasz, ile razy chodzi o mój podpis...
— Teraz nawet podpisu nie potrzeba, Meciu! — pochwycił mąż. — Dasz mi tylko na tydzień... dwa... twój naszyjnik...
— Malheur! malheur! — szepnęła pani.
— Najdalej za miesiąc będziesz miała wszystkie twoje klejnoty...
— Łez mi już wkrótce zabraknie...
— W początkach zaś października odwiozę cię do Warszawy, gdzie, o ile mi się zdaje, będziesz mogła przepędzić całą zimę...
— Tylko dla odzyskania zdrowia — szepnęła.
— No, i trochę dla rozrywki! — odparł mąż z uśmiechem. — Teatr, koncert, a nawet jakiś tańcujący wieczorek nie zaszkodzą ci.
— Zapewne tańczyć będę w tych przedpotopowych sukniach, które butwieją w szafie...
— No, no!... Ty wiesz, że kupisz sobie nowych, ile zechcesz...
Pani opuściła głowę na piersi i po chwilowym namyśle, rzekła:
— Weź sam ten naszyjnik z biurka. Boże! czuję, że umarłabym z rozpaczy, gdybym teraz spojrzała na niego.
— Ale zato jak ci będzie przyjemnie wystąpić w nim kiedyś! Ile razy spojrzysz na niego, przypomnisz sobie, żeś nie zawahała się przed spełnieniem obowiązków względem dzieci i stanowiska...
Z temi słowy poszedł do biurka i szukając tam, ciągnął dalej:
— Chwilowe przykrości potęgują następującą po nich