Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nic się nie wyda! — odparłem energicznie. — Ja przecie nic nie powiem.
— Ani ja. Nie powiesz nawet, żeś zemdlał?...
— Naturalnie.
— No, no!... — dziwiła się Lonia. — Bo ja, żebym zemdlała, tobym nie mogła wytrzymać...
— Kaziu! Loniu!... — wołała moja siostra, już o kilkanaście kroków od nas.
— Kaziu! — szepnęła Lonia, kładąc palec na ustach.
— Już nie bój się!
Zaszeleściły krzaki, i ukazała się Zosia, ubrana w fartuszek.
— Gdzieś ty była, Zosiu? — zapytaliśmy ją oboje.
— Chodziłam po fartuszek dla siebie i dla ciebie, Loniu. Masz oto, bo jeżyny walają.
— Czy zaraz wracamy do domu?...
— Niema poco — odparła Zosia. — U mamy jest ten pan, a panna Klementyna ani myśli wyjść z altanki. Możemy tu siedzieć choćby do wieczora. Ale już zaczynam rwać jeżyny, boście wy więcej zjedli ich niż ja.
Zaczęły rwać obie, a ja także jakoś nabrałem na nowo ochoty do jedzenia.
Widząc, że oddalam się, Lonia zawołała za mną:
— Kaziu! wiesz, o czem myślę!...
I pogroziła mi palcem.
W tej chwili, po raz nie wiem który, przysiągłem sobie, że nikomu nie wspomnę ani o mojem zemdleniu, ani o tej musze. Ledwiem jednak odszedł kilka kroków, usłyszałem głos Loni:
— Żebyś ty wiedziała, Zosiu, co się tu działo!... Ale nie, nie mogę ci powiedzieć ani słówka. Chociaż, gdybyś mi przyrzekła, że dotrzymasz sekretu...
Uciekłem jak najdalej w gąszcz, czując, że się wstydzę. No, chociaż Zosia...